Tajna akcja o kryptonimie X-2
W ramach „Akcji X-2” w sierpniu 1954 roku wysiedlono z województwa wrocławskiego, opolskiego i ówczesnego stalinogrodzkiego (katowickiego) ponad tysiąc dwieście pięćdziesiąt sióstr z dziesięciu wspólnot zakonnych. Wśród nich były siostry z kilku domów zakonnych z terenu dzisiejszego powiatu wrocławskiego, m.in. elżbietanki ze Świętej Katarzyny, Chrząstawy Wielkiej, Kątów Wrocławskich, Pełcznicy i Zachowic, uznane przez władze komunistyczne za najbardziej wrogo nastawione do państwa ludowego – zarzucano im proniemieckie i rewizjonistyczne nastawienie. Wspomniane wydarzenia miały czasem dramatyczny przebieg, ponieważ nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem.
„…nie dopuścić do żadnych awantur i ekscesów ze strony zakonnic usuwanych”*
Zakonnice z wytypowanych domów miały być wysiedlone szybko i sprawnie, pod osłoną nocy, aby mieszkańcy wiosek i miast nie stanęli w obronie sióstr, które w pierwszych powojennych latach zajmowały się głównie pracą na rzecz ubogich, opieką nad sierotami, pomocą medyczną dla lokalnej ludności. Tymczasem działania podczas akcji o kryptonimie X-2 spotkały się z oporem samych zakonnic, które przerażone tym, że wczesnym rankiem do ich domów weszła milicja i funkcjonariusze UB, często nie chciały „współpracować”. I nie ma się co dziwić, że elżbietanki oraz jadwiżanki, marianki, boromeuszki, franciszkanki szpitalne i członkinie jeszcze kilku innych zgromadzeń żeńskich zareagowały niepewnością i strachem, pamiętały wszak dobrze aresztowania oraz deportacje podczas okupacji, bały się wywózki w głąb Związku Radzieckiego. Biorący udział w akcji funkcjonariusze MO, UB, ORMO i przedstawiciele aktywu partyjnego mogli nieraz usłyszeć pełne niedowierzania, naiwnie brzmiące słowa: „Przecież nic złego nie popełniłyśmy, ażeby nas wywozić do łagru”. Czasem zakonnice próbowały ratować się ucieczką (jedna z sióstr w desperacji po tyczce opuściła się z pierwszego piętra i wsiadła na motocykl, szybko jednak została złapana).
„…myślałam, że to już koniec naszego życia”**
W Świętej Katarzynie w 1954 roku mieszkały cztery elżbietanki, dwie młodsze i dwie starsze. Zakonnice wiedziały, że władze przygotowują jakąś akcję, ale nie wiedziały, kiedy i co to będzie. Siostra Zofia Hajzler – to dzięki jej zeznaniom z przesłuchania znamy przebieg wydarzeń w Świętej Katarzynie – opowiadała: „Byłam wykonać iniekcje dla chorego dziecka milicjanta, który w zaufaniu powiedział mi, że coś się szykuje niedobrego dla sióstr, ale nie wolno mu powiedzieć, bo to jest tajemnica”. Ta tajemnica wyszła na jaw nad ranem 3 sierpnia, gdy kobiety usłyszały walenie w drzwi. „[…] poszłam otworzyć – wspominała siostra Zofia. – Uchyliłam trochę drzwi, zobaczyłam mężczyznę, który natychmiast wsunął nogę w drzwi, uniemożliwiając ich zamknięcie, i zażądał przywołanie siostry przełożonej”. Zakonnicom odczytano pismo o zawieszeniu działalności domu zakonnego, potem kobiety wylegitymowano i dano im kilka godzin na spakowanie dobytku, mebli, wyposażenia i żywego inwentarza. Siostra Zofia zeznawała, że gdy razem z siostrą Eugenią wybiegły na plebanię po księdza, aby przyszedł zabrać z kaplicy Najświętszy Sakrament, w ich stronę padły strzały, „wtedy to myślałam, że to już koniec naszego życia”. Obawy przed profanacją były jak najbardziej uzasadnione, w Jeleniej Górze podczas akcji wysiedlania sióstr zdemolowano w domu zakonnym ołtarz i cały wystrój kaplicy, „by żaden ślad nie świadczył o jej istnieniu”. Zastraszanie, krzyki, pośpiech, niepewność, jaki czeka je los, były zapewne przyczyną tego, że w Świętej Katarzynie „starsze siostry Ludwika i Patentia dostały ataku serca, wezwane pogotowie udzieliło im pierwszej pomocy i karetką przewieziono siostry do punktu koncentracji w Kraszowicach”. Miejscowa ludność zgromadziła się rano wokół budynku klasztornego, „jedni płakali nad losem zakonnic, inni wykrzykiwali, protestując przeciwko działaniom władz”. Do obozu przejściowego w Kraszowicach trafiły również dwie pozostałe siostry, które z okien obozu przejściowego widziały, jak ich cały dobytek z ciężarówek przeładowywany jest do wagonów. „Nic nie było spisywane. Byle jak porzucane. Każdy z nich brał, co chciał”.
„Kazano nam (…) wziąć ręcznik i mydło. Od razu skojarzyło mi się to z Oświęcimiem”***
Z Kraszowic elżbietanki ze Świętej Katarzyny, ale też z Pełcznicy (gdzie mieszkało sześć sióstr), z Kątów Wrocławskich (pięć zakonnic), Zachowic (trzy osoby) jechały autokarami z zasłoniętymi oknami i trafiły do klasztoru w Kobylinie, z którego wysiedlono wcześniej franciszkanów i do Gostynia. W odosobnieniu, nie wiedząc, jakie będą ich dalsze losy, przeżyły w obozie pracy dwa lata. „Pierwsze miesiące spędziłyśmy w strasznych warunkach. Spałyśmy w nieogrzewanych pomieszczeniach na strychu. Zimą było tak zimno, że w miskach i dzbankach woda była zamarznięta. Nawet na pierzynie czy kołdrze pozostawały zamarznięte sople po oddechu”. Prawie sto pięćdziesiąt sióstr mieszkających w kobylińskim klasztorze miało jedną kuchnię i dwie łazienki, niemal połowa była w wieku powyżej sześćdziesiątego roku życia. Największą część internowanych zakonnic wysłano do przymusowej pracy w szwalni, część pracowała w polu, a te niezdolne do większego wysiłku fizycznego miały zajęcie w kuchni i sprzątały.
Powrót do domu
Rok 1956 przyniósł odwilż i odmianę losu dla setek zakonnic. Pierwsze siostry wyjechały z Kobylina w grudniu 1956 roku, ostatnie dopiero w 1958 roku. Nie wszystkie miały dokąd wracać, bo na trzysta osiemnaście skonfiskowanych budynków klasztornych nie oddano zgromadzeniom zakonnym aż stu trzydziestu. Siostry ze Świętej Katarzyny miały szczęście, do domu wróciły, ale przez wiele lat musiały dzielić pomieszczenia klasztorne z ośrodkiem zdrowia, działał tu bowiem gabinet dentystyczny i przyjmował lekarz internista. Podobnie było w Kątach Wrocławskich, gdzie klasztor zamieniono na ośrodek zdrowia, a w obecnej kaplicy przez wiele lat funkcjonowała izba porodowa.
* „Wytyczne operacyjne Departamentu XI MBP dotyczące akcji wysiedlania zakonnic z domów zakonnych na Górnym i Dolnym Śląsku o kryptonimie »X-2«”
** z przesłuchania siostry Zofii Hajzler ze Świętej Katarzyny
*** z przesłuchania siostry K.M. Jabłońskiej z Lewina Kłodzkiego
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Agaty Mirek „Siostry zakonne w obozach pracy w PRL w latach 1954-1956”, Lublin 2009
Tekst: Marta Miniewicz, Stowarzyszenie TUiTAM
 
Kąty.jpg
 Dom zakonny elżbietanek w Kątach Wrocławskich; po powrocie z internowania zakonnice otrzymały trzy pokoje oraz pomieszczenie, w którym mogły gotować sobie posiłki; pozostałe pomieszczenia w klasztorze zajmował ośrodek zdrowia
 
 
Kapl Katy.jpg
 
 Kaplica w domu zakonnym elżbietanek w Kątach Wrocławskich; w miejscu dzisiejszej kaplicy pod nieobecność internowanych elżbietanek urządzono salę porodową
 
Kąty przedsz.jpg
 
 Dopiero w 1990 roku zwrócono elżbietankom w Kątach Wrocławskich cały budynek klasztorny; po generalnym remoncie w 1992 roku siostry otworzyły na terenie domu zakonnego przedszkole
 
Chrząstawa wlk.jpg
 
Dom zakonny elżbietanek w Chrząstawie Wielkiej; z terenu powiatu wrocławskiego oprócz elżbietanek z Chrząstawy (gmina Czernica), Świętej Katarzyny (gmina Siechnice), Kątów Wrocławskich, Zachowic i Pełcznicy (gmina Kąty Wrocławskie) w ramach „Akcji X-2” wywiezione zostały służebniczki śląskie z Czerńczyc (gm. Kąty Wrocławskie) i Żórawiny oraz zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej z Przecławic (gm. Żórawina)
 
 
 
Sw. Katarzyna.jpg
 
 
Dom zakonny elżbietanek w Świętej Katarzynie (gmina Siechnice); to tutaj 3 sierpnia 1954 roku nad ranem zajechały samochody z funkcjonariuszami milicji, UB oraz miejscowymi działaczami partyjnymi, aby odczytać przerażonym zakonnicom pismo o zawieszeniu działalności domu zakonnego, „wyeksmitować” siostry i przewieźć je do punktu zbiorczego
 
Katarz. kość.jpg
 
Kościół pw. Świętej Katarzyny w Świętej Katarzynie; siostrom Zofii i Eugenii udało się opuścić dom zakonny, aby prosić proboszcza o ochronę Najświętszego Sakramentu przed profanacją przez milicję i służby bezpieczeństwa; zakonnice o mało nie straciły wtedy życia
 
 
 
 
Zapraszamy na Wędrownik po Powiecie Wrocławskim 
"Pogrzeby były trzy. Godnie uczcić bohatera to nie taka prosta sprawa!"
 
Pogrzeby były trzy. W każdym brały udział tłumy żałobników. W niezwykle podniosłej patriotycznej atmosferze przemawiano, śpiewano pochwalne hymny, strzelano z armat, na ostatniej uroczystości żałobnej był nawet król. Ale cóż się dziwić, kiedy zmarły już za życia stał się legendą. Nazywano go „ojcem narodu”, „pogromcą Napoleona” i feldmarszałkiem „Naprzód” („Vorwӓrts!”), bo taką komendę wydawał najczęściej, dowodząc pruską armią. W dowód uznania za zasługi otrzymał tytuł księcia, najwyższe odznaczenie państwowe i… spory majątek pod Wrocławiem. Ostatecznie spoczął w miejscu, które sam wybrał, na niewielkim pagórku z widokiem na podślężańskie sady i śląski Olimp, kilka minut drogi od pałacu w Krobielowicach, gdzie 12 września 1819 roku tuż przed godziną 23.00 zamknął oczy po raz ostatni.
Umrzeć, czując zapach prochu
Śmierć Gebharda Leberechta von Blüchera, księcia Wahlstatt (Legnickie Pole), bohatera bitwy narodów pod Lipskiem i współautora zwycięstwa pod Waterloo, zamknęła jeden rozdział, ale otworzyła kolejny, wcale niemniej ciekawy. To opowieść o trzech pogrzebach i trwających ponad trzy dekady zmaganiach, aby godnie uczcić bohatera!
Blücher żył siedemdziesiąt trzy lata, z czego dużą część życia spędził na polu walki, umierał, słysząc huk dział i, tak jak lubił, czując zapach prochu, bo akurat na polach pod Krobielowicami kończyły się jesienne manewry oddziałów śląskich. Na wieść o tym, że „gwiazda Prus” zgasła, dwadzieścia tysięcy żołnierzy biorących udział w manewrach stanęło na wzgórzu (tam, gdzie dziś znajduje się mauzoleum), aby oddać hołd bohaterowi. Po śmierci ciało feldmarszałka starannie zabalsamowano i po trzech dniach podczas uroczystości pogrzebowych złożono w kościele w pobliskiej wiosce w Wojtkowicach. W tym czasie na niewielkim pagórku przy drodze do Krobielowic budowano prowizoryczny grobowiec. Podobno wyglądał jak ceglana chatka, nie imponował zbytnio, ale miał być tylko tymczasowy, zanim nie powstanie godny „ojca narodu” pomnik-mauzoleum. W 1820 roku przeniesiono ciało z Wojtkowic do krypty, trumnę otwarto na godzinę i każdy mógł zobaczyć zabalsamowane doczesne szczątki feldmarszałka. Znów zjawiły się tłumy, a wydarzenie ponownie zamieniło się w wielką patriotyczną uroczystość, w której kondukt żałobny tworzyły trzy bataliony piechoty i cztery szwadrony kirasjerów przy huku dwunastu dział.
Kamieniu, naprzód!
W tym czasie wśród żołnierzy i weteranów wojen napoleońskich zbierano pieniądze na pomnik. Na miejscu pochówku miał stanąć olbrzymi granitowy głaz w kształcie piramidy. W kamieniołomie pod Ślężą wykuto w skale blok ważący prawie siedemset ton. Mimo wielu prób przetransportowania tego gigantycznego „kamienia” i poniesienia ogromnych kosztów, nie tylko finansowych (rannych zostało pięciu saperów), udało się przesunąć skalny blok najpierw tylko o dwa kilometry w okolice dzisiejszej stacji kolejowej w Sobótce, a potem kilka kilometrów dalej, na pole przy Rogowie Sobóckim. Z powodu braku funduszy przerwano prace, a „kamień Blüchera”, jak go zaczęto nazywać, stał się tematem wierszy i złośliwych dowcipów. Mieszkańcy i podróżni, którzy nadkładali drogi, aby w polu zobaczyć porzucony wielki głaz, na jego widok kąśliwie rzucali ulubioną komendę feldmarszałka: „Naprzód”! Jednak zgodnie ze swą naturą, głaz stał nieporuszony.
W 1842 roku przypadała setna rocznica urodzin Blüchera i temat uczczenia ojca narodu powrócił. Dwa lata wcześniej Francuzi w okazałym sarkofagu z honorami pochowali w Pałacu Inwalidów w Paryżu Napoleona, tymczasem ten, który przyczynił się do upadku „małego kaprala”, leżał wciąż w prowizorycznej krypcie. W działania na rzecz budowy mauzoleum włączył się sam król Fryderyk Wilhelm IV. Wykorzystano porzucony przed laty blok skalny, podzielono go na mniejsze części i według projektu berlińskiego architekta J.H. Stracka zbudowano surową cylindryczną wieżę ozdobioną medalionem z wizerunkiem marszałka.
Trzecie pożegnanie
W 1853 roku, czyli trzydzieści cztery lata po śmierci Blüchera, po raz kolejny, już trzeci, żegnano bohatera. W uroczystości brał udział król, a z Kątów Wrocławskich, okolicznych wiosek i z całego kraju przybyły tłumy, w tym delegacja 5. pułku huzarów Blüchera ze Słupska. Marsz triumfalny Hӓndla „Patrzcie, nadchodzi odznaczony nagrodą” stanowił muzyczną oprawę kolejnego już pogrzebu. Tylko feldmarszałek, którego popiersie wykuto w marmurze i umieszczono nad wejściem do mauzoleum, był jakby mało zainteresowany tym, co dzieje się wokół. Bohater stylizowany na antycznego Herkulesa, okryty lwią skórą, zamyślony patrzył nad głowami zebranych gdzieś hen daleko przed siebie.
Epilog, czyli zemsta Blüchera
Dziś w mauzoleum nie ma szczątków feldmarszałka ani pochowanych tam członków najbliższej rodziny. Podobno żołnierze Armii Czerwonej spenetrowali grobowiec jeszcze wiosną 1945 roku, zabalsamowane ciała wyciągnęli z trumien i sprofanowali. Mauzoleum dewastowane było potem jeszcze kilka razy. Lepiej, żeby kierowcy jadący drogą z Kątów Wrocławskich w stronę Krobielowic podnieśli nogę z gazu, bo wjazd z dużą prędkością w ostry zakręt na wysokości grobowca, może się dla nich skończyć bardzo niedobrze. Jak mówią miejscowi – to zemsta feldmarszałka.
Tekst: Marta Miniewicz, Stowarzyszenie TUiTAM
 
grobowiec.jpg
Krypta znajdująca się z tyłu mauzoleum
 
 
łoże.jpg
W pałacu w Krobielowicach jeden z pokoi hotelowych to (według tradycji) prywatny apartament Blüchera; na zdjęciu sypialnia, w której „ojciec narodu” zamknął oczy po raz ostatni
 
 
grób.jpg
 
Prace nad mauzoleum „ojca narodu”, „gwiazdy Prus” trwały 34 lata, granit, z którego zbudowany jest pomnik pochodzi z kamieniołomu spod Ślęży i ze Strzelina
 
Fontanna z wizerunkiem szermierza jest projektem profesora berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych Hugo Lederera. Jego instalacja została wybudowana w 1904 roku, a jego oficjalne odsłonięcie miało miejsce w dniu 26 listopada. Fontanna znajduje się tuż przy Uniwersytecie Wrocławskim i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli owej uczelni.
Cokół fontanny został wyrzeźbiony z marmuru pochodzącego z Salzburgu w Austrii. W nim można ujrzeć dwie kobiece sylwetki, które podtrzymują czaszę fontanny z czterema twarzami, z których wylewa się woda. Na szczycie fontanny znajduje się rzeźba tytułowego szermierza odlana z brązu, zaś jego szpada została zrekonstruowana ze stopu aluminium i małowartościowych metali ze względu na liczne kradzieże tego elementu.
Samą rzeźbę Szermierza można spotkać w kilku miejscach w Polsce – identyczny odlew znajduje się na dziedzińcu zabytkowego zamku Czocha w osadzie Sucha, natomiast jej mniejsza wersja wykonana z gipsu i służąca za wzór odlania pomników w pełnym wymiarze przechowywana jest w zbiorach Muzeum Miejskiego we Wrocławiu. Odlewy rzeźby Lederera są także obecne na terenie Niemiec i Czech – w Leverkusen, Tegernsee, Wschodnioniemieckiej Galerii w Ratyzbonie oraz Südmährische Museum w Znojmie, gdzie nota bene urodził się i wychował Lederer.
Fontanna Szermierz może mieć więcej wspólnego z jej twórcą oraz życiem studenckim niż może się wydawać. Jest tak za sprawą miejskiej legendy głoszącej, że szermierzem na szczycie instalacji jest sam Hugo Lederer, który w latach studenckich przegrał w karty i stracił wszystko prócz swojej szpady. Inna legenda głosi, że twarze widoczne na czaszy fontanny przedstawiają wizerunek wykładowców uczelni, a wylewająca się z ich ust woda symbolizuje przysłowiowe „lanie wody” podczas wykładów.
 
 
 
Wrocław mógł mieć swoją wszechnicę ponad 200 lat wcześniej, zanim powstała słynna Academia Leopoldina.
 
20 lipca 1505 roku król Czech i Węgier Władysław II Jagiellończyk wydał w Budzie akt fundacyjny zezwalający na utworzenie we Wrocławiu uczelni wyższej pod nazwą Generale litterarum Gymnasium.
Monarcha w dokumencie pisał o Wrocławiu z zachwytem:
Postanowiliśmy (...) dla pomyślnego rozwoju naszej prawdziwej chrześcijańskiej religii, dla chwały i wywyższenia naszego królestwa i Korony Czech (...) ufundować uniwersytet, aby były na nim wykładane przez wyznaczonych i mianowanych w tym celu profesorów zasady teologii oraz prawa kanonicznego i cesarskiego, a także nauki filozofii, ponadto medycyny, gramatyki, dialektyki, retoryki, poetyki, arytmetyki, geometrii, muzyki i astronomii. Czynimy to w naszym mieście Wrocławiu, które jest stolicą całego Śląska i z łatwością przewyższa wszystkie miasta Niemiec cudownie dobrym położeniem, znakomitością budynków i świetnych monumentów, a ponadto kulturą mieszkańców.
 
Idea utworzenia uniwersytetu we Wrocławiu zrodziła się wśród mieszczan wrocławskich, którym przewodził Grzegorz Morenberg, magister filozofii, sekretarz wrocławskiej rady miejskiej. Swój pomysł, miejski rajca i uczony, przedstawił papieskiemu legatowi na Czechy i Węgry, kardynałowi Piotrowi Reginusowi oraz staroście krajowemu, Janowi Haunoldowi, którzy podeszli do niego bardzo przychylnie. Inicjatywa powołania uniwersytetu spotkała się także z dużą aprobatą biskupa wrocławskiego, Jana Rotha.
Jak miał wyglądać wrocławski uniwersytet?
4 wydziały: teologia, prawo (kościelne i cywilne), medycyna oraz filozofia (ze słynnymi siedmioma sztukami wyzwolonymi).
Nowatorski ustrój: zwierzchnikiem (kanclerzem) miał być biskup wrocławski, ale ogromną władzę i prawo wyboru profesorów otrzymała Rada Miejska Wrocławia!
Lokalizacja: tymczasowa siedziba miała powstać tuż przy kościele św. Elżbiety.
Dlaczego „Gymnasium” i jak to się ma do wrocławskich szkół?  W renesansie łacińskie pojęcie gymnasium odnosiło się do szkoły wyższej lub humanistycznej uczelni przygotowawczej. Wrocław miał już wtedy znakomite zaplecze edukacyjne!
Wkrótce po nieudanej próbie uniwersyteckiej miasto stało się potęgą szkolnictwa średniego. Powstały tu wybitne gimnazja akademickie:
Gimnazjum św. Elżbiety (przy kościele św. Elżbiety),  Gimnazjum św. Marii Magdaleny, a także liczne mniejsze szkoły przy kościołach i klasztorach!
To właśnie wysoki poziom dydaktyczny tych gimnazjów sprawił, że Wrocław przez wieki słynął ze świetnie wykształconych mieszczan, mimo braku własnego uniwersytetu!
Dlaczego projekt z 1505 roku upadł?
Do otwarcia uczelni brakowało jedynie papieskiej zgody (bulli erekcyjnej). Papież Juliusz II odmówił jednak jej wydania... na skutek silnego protestu Akademii Krakowskiej!  Co kierowało krakowską uczelnią? Przede wszystkim lęk przed konkurencją. Uniwersytet we Wrocławiu najpewniej spowodowałby odpływ studentów ze Śląska, których liczebność była znaczna i zapewniała spore dochody uniwersytetowi jak i miastu.  Wrocławianie próbowali przekonać papieża jeszcze raz. Nowy ordynariusz wrocławski, Jan Turzon  przebywając  w Rzymie w roku 1507, podjął kolejną próbę przekonania papieża do idei założenia nowej uczelni, jednak i tym razem nie otrzymał papieskiej zgody.
 
 
UWr.jpg
 
 
Tak miał wyglądać gmach główny Uniwersytetu
 
 
 
 
Wroclaw_swElzbieta_XV.jpg
Gimnazjum św. Elżbiety sięga korzeniami  roku 1293, kiedy to przy kościele św. Elżbiety  została założona  szkoła parafialna 
 
 
 
 
 

 
 
 

Historia parafii w Głębowicach nierozłącznie łączy się z osobą barona Jana Adam de Garniera, który ufundował zarówno kościół jak i klasztor w XVII wieku. Jan Adam de Garnier urodził się 2 lutego 1613r. w Ensisheim na terenie Alzacji. Studiował w młodości filozofię u jezuitów w Besançon. Studia te ukończył w 1632 r. z najwyższą oceną. Gdy miał lat 26, w 1640 r. zaciągnął się do wojsk cesarskich pod dowództwem Melchiora Hatzfelda, osiadłego potem w Żmigrodzie. Jako oficer musiał się wyróżniać, o czym świadczy tytuł barona, który mu przyznał cesarz Ferdynand II w 1652 r. a także dwugłowy orzeł cesarski dodany mu do herbu. W dowód zaufania i wdzięczności za zasługi otrzymał w roku 1660 urząd starosty książęcego w Żaganiu. Ale już wówczas Garnier był wierny swojej dewizie rodowej: „Boga się lękaj, księcia szanuj”, służąc bowiem cesarzowi, pamiętał o zbawieniu swojej duszy. W związku z tym wspierał fundacjami jezuitów, utrzymywał też własnym kosztem 50 alumnów seminarium jezuickiego oraz 12 muzyków. W zimie 1676 r. w czasie podróży jaką odbył do Cieplic, zatrzymał się przejazdem w klasztorze karmelickim w Strzegomiu na nocleg. Atmosfera domu zakonnego tak go urzekła, że to ich właśnie postanowił sprowadzić do swych posiadłości. Zamiar, który dojrzał ostatecznie pamiętnego wieczoru 4 lutego 1676 r. w czasie pierwszej wizyty w klasztorze karmelitów w Strzegomiu, skonkretyzował się 12 marca, kiedy wracając z Cieplic pułkownik wręczył przebywającemu wówczas w tym mieście generalnemu komisarzowi zakonu akt zawierający wstępne oświadczenie woli założenia fundacji. Ostateczne podpisanie aktu fundacyjnego przez Garniera i prowincjała karmelitów o. Bernarda od Obrazu Maryi nastąpiło 31 lipca 1676 r. Budowę klasztoru rozpoczęto od założenia kamienia węgielnego w dniu 23 sierpnia 1676 r. Podarował też wówczas Garnier klasztorowi wzgórze w Trzcinicy Małej, na którym mieli zakonnicy zbudować erem złożony z pojedynczych domków skupionych wokół kościoła. W 1679 r. Garnier wstąpił jako świecki brat do zakonu, zamieszkując w klasztorze, który powstał z jego inicjatywy. Umarł tam w rok później – 21 października 1680 r. i został pochowany w krypcie pod ołtarzem, wraz z innymi karmelitami. Jeszcze za życia Jan Adam de Garnier założył fundację swego imienia, z której powstały i zostały uposażone: kościół i klasztor w Głębowicach, kościół i klasztor w Wołowie, klasztor w Kożuchowie, kościół i klasztor w Strzegomiu oraz już po jego śmierci finansowana była Aula Leopoldina – Kolegium Jezuickiego, dziś Uniwersytetu Wrocławskiego. Głębowice słynęły ponadto z wielkich odpustów, z okazji dorocznego święta patronki kościoła Matki Bożej Szkaplerznej – 16 lipca i patrona św. Eliasza – 20 lipca. Na czas odpustu trwającego przez 8 dni przybywały do wsi liczne pielgrzymki, nawet z odległych zakątków Śląska i Polski. Karmelici, zgodnie z tradycją swojego zakonu, szczególnie gorliwie szerzyli wśród miejscowej ludności kult Matki Bożej Pośredniczki Łask Wszelkich. Pomocna im w tym była słynąca łaskami, rzeźba przedstawiająca Matkę Bożą z Dzieciątkiem, trzymającym na ręce szkaplerz. Figurkę tę ufundował i sprowadził do Głębowic Jan Adam de Garnier wracając z pielgrzymki do Włoch. Wkrótce potem zasłynęła ona cudownymi łaskami. Maryja była czczona w Głębowicach przez dwa stulecia, a pobożni pielgrzymi spieszyli tam zewsząd by oddać Jej cześć. W następstwie sekularyzacji klasztor został rozwiązany. Z czasem usunięto figurkę z kościoła i umieszczono na strychu. Pokryta kurzem i zapomniana przeleżała tam do 1934 r. Wówczas to odszukał ją i poddał gruntownej konserwacji ówczesny proboszcz – ks. Richard Mager, który na Boże Narodzenie 1934 r. ofiarował ją Siostrom Karmelitankom na wrocławskich Pawłowicach. 15 sierpnia 1936 r. miało miejsce poświęcenie i koronacja cudownej figurki, do którego w niedziele pielgrzymowały liczne rzesze wiernych, jak za dawnych czasów. W roku 1940 po zajęciu klasztoru Karmelitanek przez hitlerowców, figurkę wywieziono w głąb Niemiec i umieszczono w kościele, który spłonął w 1944 r. W 2011 r. wizerunek pojawił się na stronie internetowej Sióstr Karmelitanek z Niemiec ze szczegółową adnotacją skąd pochodzi. Decyzją Ks. Proboszcza Jarosława Olejnika oraz całej wspólnoty parafialnej podjęto się wykonania kopii cudownej figury Matki Bożej Szkaplerznej. Kopię figury wykonał artysta rzeźbiarz Andrzej Walijewski, a jej uroczystego poświęcenia dokonał 19 lipca 2019 r. Jego Ekscelencja Biskup Jacek Kiciński CMF. Od tego czasu kult Matki Bożej Szkaplerznej rozwija się w parafii na nowo.

Każdego 16 dnia miesiąca odbywa się specjalne nabożeństwo ku czci Matki Bożej Szkaplerznej. Dekretem Arcybiskupa Metropolity Wrocławskiego Józefa Kupnego z dnia 8 września 2025 r. parafia została ustanowiona Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel w Głębowicach.

Pomiędzy Głębowicami a sąsiednią Trzcinicą Wołowską odnajdziemy 7 kapliczek ku czci 7 Boleści Matki Bożej, które stanowią piękną trasę sprzyjającą modlitwie i kontemplacji.

 

 

 

 Ga.jpg

 

 

 GARNier.jpg

 

To w tym budynku, ówczesnym HOTELU de POLOGNE koncertował 7.11.1830 Fryderyk Chopin
 
Koniec XIX w., dawna kamienica przy ul. Biskupiej 13.
Budynek ten miał bogatą i tajemniczą historię. W XVIII wieku znajdowała się w nim elitarna sala redutowa, która gościła wielu znamienitych gości, w tym króla Prus, Fryderyka II. Z biegiem lat kamienicę przekształcono w zajazd 𝐻𝑜̂𝑡𝑒𝑙 𝑑𝑒 𝑃𝑜𝑙𝑜𝑔𝑛𝑒, w którym silnie zaznaczył się polski ślad. To właśnie w tutejszej sali 7 listopada 1830 roku swój wrocławski koncert dał Fryderyk Chopin. Kompozytor, tuż po wcześniejszej próbie w katedrze, zaprezentował publiczności Rondo z Koncertu fortepianowego e-moll oraz improwizował na tematy operowe. Od 1840 roku obiekt kontynuował działalność hotelową pod nowym szyldem 𝐾𝑜̈𝑛𝑖𝑔 𝑣𝑜𝑛 𝑈𝑛𝑔𝑎𝑟𝑛, nawiązując do króla Węgier.
W epoce III Rzeszy pod numerem 13 zagościł aparat nazistowskiego terroru, czyli tzw. Brunatny Dom, pełniący funkcję kwatery głównej wrocławskich struktur NSDAP. 4 kwietnia 1933 roku oddziały SA zawlekły tu trzech polskich studentów Uniwersytetu Wrocławskiego. Zostali oni brutalnie pobici wyłącznie za to, że w pobliskim lokalu przy dzisiejszej ulicy Wita Stwosza rozmawiali w ojczystym języku.
Kres istnienia kamienicy przyniosło oblężenie miasta w 1945 roku.
 
Hote.jpg
Ung.png
 
Jaką historię opowiedzieć może biurko proboszcza kąckiej parafii, a jakie drewniana dzieża przywieziona z Kresów.
Gdyby przedmioty umiały opowiadać…  
W Regionalnej Izbie Pamięci w Kątach Wrocławskich eksponatów jest naprawdę dużo. Każdy z nich mógłby opowiedzieć swoją ciekawą i często skomplikowaną historię. I choć często są to opowieści dotyczące dnia powszedniego, związane z konkretną rodziną, to nierzadko przebija się w nich wielka Historia.
Dzieża – czyli chleb nasz powszedni 
Dzisiaj, ze względów zdrowotnych czy dietetycznych, wiele osób rezygnuje z jedzenia pieczywa. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu takie „fanaberie” byłyby absolutnie nie do pomyślenia. Chleb był najważniejszym posiłkiem. Znaczył coś więcej niż zwykłe pożywienie. Traktowano go jak świętość. Nie wolno było wyrzucić ani okruszyny, a kromkę, która spadła na ziemię, podnoszono z szacunkiem i całowano. Chleb, zwłaszcza w rodzinach wiejskich, wypiekano głównie w domu. Podstawowym przedmiotem do wyrabiania ciasta była dzieża.
Drewniana dzieża znajdująca się w jednym z pomieszczeń kąckiej izby pamięci została przywieziona z Helenkowa w województwie tarnopolskim (gmina Kozowa, powiat Brzeżany). Na co dzień służyła rodzinie do przygotowywania chleba, ale gdy zaistniała taka potrzeba, zmieniła swoją funkcję. Podczas kilkutygodniowej podróży w nieznane, w którą wyruszyła rodzina z Helenkowa w sierpniu 1945 roku, stała się wanienką do kąpania niemowlęcia. 
Kto z repatriantów przezornie zadbał o to, by taką dzieżę ze sobą zabrać, ten głodu nie zaznał. Mniej zapobiegliwi sąsiedzi zmuszeni byli takie naczynie pożyczać lub szukać nielicznych podówczas piekarni. A samo pieczenie chleba to dopiero było wydarzenie!
Pan Stanisław Cały z Tyńca Małego wspomina:
„Pamiętam z młodości, jak mama piekła chleb w domu. Wstawała wcześnie, by z zakwasu przygotować rozczyn w drewnianej dzieży – był to wielogodzinny proces i wszystko ręcznie wyrabiane. Formowane bochny wkładało się do słomianych koszyczków do wyrośnięcia […]. Każdy rozpoczynany bochenek przed krojeniem był przeżegnany znakiem krzyża”. 
Biurko – historia, która łączy
Stojące w kącie sali wystawienniczej XIX-wieczne dębowe biurko jest niewątpliwie pięknym przedmiotem, ale tym, co stanowi o jego wyjątkowości, są osoby, które przy nim pracowały. Biurko było przez wiele lat własnością kąckiej parafii katolickiej. Na nim zapisywano chrzty, śluby, pogrzeby i inne dokumenty, aż do roku 2019.
Pracowało przy nim wielu księży, lecz dla historii miasta najistotniejsi są dwaj – ostatni niemiecki proboszcz Adolph Moepert i pierwszy polski Franciszek Piszczor, a właściwie Piszczór. Pierwszy z nich to doktor filozofii urodzony w Chomiąży koło Środy Śląskiej, wielki umysł i znakomity gospodarz. Znał, o dziwo, język polski, a wśród rozlicznych, napisanych przy tym biurku książek znalazła się i taka o słowiańskich nazwach miejscowości w okolicy.
Nie był zapewne kochany przez faszystowskie władze. Nie uciekł też z włodarzami miasta na wieść o zbliżających się wojskach radzieckich, nie chcąc porzucać swoich parafian. I zapłacił za to wkrótce życiem, zastrzelony 17 lutego 1945 roku przez pijanych radzieckich żołdaków podczas próby obrony sióstr zakonnych. Jego nagrobek, znajdujący się za kościołem, odwiedzany jest i dziś. 🕯️
Ksiądz Franciszek Piszczor to góral z urodzenia, kresowiak z wyboru, mówiący piękną lwowską gwarą. Trafił tu z Tłumacza pod Stanisławowem za swoimi dawnymi parafianami. Przyjechał w sierpniu 1945 roku na „ziemie odzyskane” koleją, najpierw na stację w Brochowie, który był wówczas miastem (!). Potem już na pace ciężarówki dotarł do Gniechowic. W 1946 roku objął parafię w Kątach Wrocławskich, pozostając tu niemal dwadzieścia lat.
Jego postawa i niezłomność dawały pokrzepienie mieszkańcom miasta, którzy przybyli tu z różnych stron i nieraz trudno było się im porozumieć. Pamięć o utraconych Kresach starał się, mimo nieprzyjaznej temu władzy, pielęgnować. To dzięki niemu w kąckiej świątyni zawisł obraz przywieziony spod Stanisławowa. ❤️
A jakie historie mogłyby opowiedzieć przedmioty w Państwa domach?
Tekst: Beata Jurcewicz
 
 
kuch.jpg
 
biu.jpg
 
 
ks.jpg
 
 
721369133_1347747534151937_2540272710808856788_n.jpg
 
 
Izabela Czartoryska u śląskich wód
 
„… łazienki znane przez kąpiele
Przywabiają co roku różnych gości wiele
Budową swą, rozkładem i porządkiem miłe,
Która gorącą wodą tryskając, paruje,
A na różne słabości cudownie skutkuje”.
Tak w 1851 roku pisał, wspominając Cieplice, poeta Bogusz Zygmunt Stęczyński. Trzeba jednak zaznaczyć, że cieplickie wody już wcześniej „przywabiały” gości nie tylko z różnych stron Polski, ale i Europy. Latem 1816 roku przybyła na Dolny Śląsk Izabela (właściwie: Elżbieta) Dorota z Flemmingów Czartoryska – jedna z najbardziej wpływowych kobiet epoki oświecenia, patriotka, mecenaska sztuki, założycielka pierwszego polskiego muzeum (obecnie jest to Muzeum Czartoryskich w Krakowie) i pisarka. Przyjechała do „wód”, czyli do Cieplic i Starego Zdroju (oryg. Altwasser – obecnie część Wałbrzycha), aby zażyć zdrowotnych kąpieli i podkurować chorą nogę. Szczęśliwie się złożyło, że posiadamy relację z tej podróży. Księżna napisała bowiem dziennik pt. „Dyliżansem przez Śląsk: Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816”, który został przetłumaczony z języka francuskiego na język polski i wydany w 1968 roku. To właśnie potoczysty język i poczucie humoru siedemdziesięcioletniej „kuracjuszki”, przez pryzmat którego opisuje ludzi, zdarzenia i swoje odczucia, powodują, że relację czyta się z dużą przyjemnością. Dziennik z podróży Czartoryska rozpoczęła spisywać 30 czerwca, a zakończyła 5 września 1816 roku.
Cieplice to najstarszy kurort w Polsce, wymieniany w dokumentach w 1281 roku jako „calidus fons” – ciepłe źródło. Wówczas książę Bolko I świdnicki zezwolił joannitom – zakonnikom zajmującym się leczeniem i pielęgnowaniem chorych – na wybudowanie przy źródłach i klasztorze gospody dla gości. Sto lat później miejscowość stała się własnością rodziny Schaffgotsch, a joannitów w ich misji zastąpili cystersi. Pierwszy naukowy opis wód pochodzi z 1569 roku. Do Cieplic zaczęli przybywać kuracjusze, aby wyleczyć schorzenia i nabrać nowych sił witalnych. Do najbardziej znanych wizyt należy wizyta królowej Marii Kazimiery (Marysieńki), żony Jana III Sobieskiego:
„Anno 1687 30 czerwca w poniedziałek po południu przybyła do naszego kąpieliska królowa Polski z kilku setkami wozów oraz 1500 osobami. Zamieszkała w pałacu hrabiny, a inni ludzie tu i ówdzie. Również dużo koni rozlokowano po wsiach. Królowa brała kąpiele w kąpielisku klasztornym. Wystawiono silną straż, co wieczór 10 ludzi”, notował w pamiętniku młody cieplicki szklarz Krzysztof Scholtze.
I choć liczby wymienione w opisie są przesadzone – sto lat po pobycie królowej Cieplice liczyły 1391 mieszkańców, więc logicznym wydaje się, że marszałek dworu królowej nie przygotowałby dla Marii Kazimiery znacznie więcej osób towarzyszących i służby, niż liczyła sama miejscowość – jej wizyta na pewno spopularyzowała działalność uzdrowiska i skuteczność wód na choroby wszelakie. Jeszcze długo po wyjeździe królowej Marysieńki i jej dworu południowo-zachodnią część Cieplic oficjalnie nazywano „polską stroną”.
Przyjazd Izabeli z Flemingów Czartoryskiej nie był aż tak spektakularny: księżna przybyła do Cieplic w towarzystwie swojej wychowanki i ulubienicy Zofii Matuszewiczówny, pani Neuvillowej, rezydentki Puław i Sieniawy, oraz jej córki Izabeli zwanej Lilą. Poza tym towarzyszyli księżnej czuwający nad jej zdrowiem doktor Khittel, nadworny lekarz puławski, oraz kucharz i kilka kobiet służebnych. Z księżną podróżowali też jej ulubieńcy: mały pokojowy piesek zwany Szczurem oraz szara papuga Bazia, która wzbudzała wszędzie spore zainteresowanie.
Pobyt księżnej przypadł na okres drobnego zastoju kurortu: było to krótko po sekularyzacji zakonu cystersów (1810 rok), ale jeszcze przed rozkwitem uzdrowiska, którego Schaffgotschowie dokonywali stopniowo od lat 20. XIX wieku: dowiercono się do nowych źródeł, wprowadzono nowe metody leczenia, między innymi kąpiele borowinowe, wybudowano teatr w parku zdrojowym. Od 1827 roku wprowadzono stałe połączenie pocztowe między Jelenią Górą a Cieplicami (dyliżans przejeżdżał dwa razy dziennie), a od około 1880 roku powstała regularna komunikacja pasażerska między Jelenią Górą a Cieplicami, którą obsługiwało dwadzieścia dyliżansów. W 1897 roku ruszyły tramwaje, od 1900 roku tramwaje elektryczne.
Początkowo księżna Czartoryska nie była zachwycona kąpielami: „Trzeba naprawdę wierzyć w skuteczność tych wód, żeby z nich korzystać w tych warunkach. Jest to okrągła sala zbudowana nad źródłem wody, która wprawdzie ciągle się zmienia i płynie nieustannie, lecz zanurza się w niej aż po szyję czterdzieści naraz kobiet mniej lub bardziej chorych, znęconych nadzieją wyleczenia. Są między nimi młode i stare, ładne i bardzo brzydkie; są czerwone, białe, żółte i bezbarwne. Drzwi otwierają się ciągle i coraz to ukazuje się postać w długiej, białej koszuli, zanurza się w wodę jak widmo, gubiąc się za chwilę w tłumie. Widząc ten piękny melanż, nie będę ukrywać, odczułam pewien niesmak. Nie znałam prawie nikogo, siedziałam więc w swoim kącie i oczekiwałam z niecierpliwością chwili rozstania z tym towarzystwem. Tymczasem wyjście okazało się jeszcze mniej przyjemne; całkowicie zmoczona, z trudnością zdołałam ściągnąć olbrzymią koszulę, w której się kąpałam, gdy zarzucono mi na ramiona okrycie z flaneli, lecz mimo to drżałam z zimna. Wdziałam na nogi coś w rodzaju pantofli, lecz zgubiłam je zaraz na pierwszym stopniu. W końcu jakoś trafiłam do gabineciku przeznaczonego na przebieranie się, lecz zastałam jedną damę w koszuli, drugą, która ściągała podobną, ich pokojówki i ubrania. Wpakowałam się do kąta i klęłam kąpielisko; obiecywałam sobie więcej tu nie wracać i brać kąpiele w wannie, lecz dotkliwy ból nogi przypomniał mi o konieczności powrotu; może jutro wszystko ułoży się lepiej”, relacjonowała w „Dzienniku” 18 lipca 1816 roku.
Dwa dni później zmieniła zdanie. Wychodzenie z kąpieliska w długiej mokrej koszuli nie sprawiało już problemów, księżna „za dukata” otrzymała gabinet wyłącznie do swojej dyspozycji i po wyjściu zastawała „bieliznę ogrzaną”. Zdecydowanie poprawił się jej nastrój, co widać w bystrym i niepozbawionym poczucia humoru opisie współtowarzyszek kąpieli, ale i samej siebie: „Niezmiernie różnorodne są przybrania głów kobiecych; jestem niemal pewna, że te stroiki są pracowicie wystudiowane w przeddzień, toteż taka dama wchodząc na salę, obrzuca ukradkowym spojrzeniem całe towarzystwo, które już się kąpie, chcąc stwierdzić, jakie wrażenie wywiera jej pojawienie się. Zauważyłam, że dopóki otyłe matrony przebywają w wodzie, są tak pewne siebie, że napawa to poczuciem bezpieczeństwa wszystkie pozostałe. Natomiast wyjście starszej damy z kąpieli jest dość ryzykowne. Drzwi wąskie, koszule mokre, można się domyślić, jakie to daje efekty. Tego rana byłam zniecierpliwiona wrzawą spowodowaną przez czterdzieści mówiących naraz kobiet; to nieprzyjemne niewątpliwie, lecz zastanawiając się, doszłam do wniosku, że jedną z przyczyn złego humoru był fakt, iż mając dużo do powiedzenia, nie mogłam wtrącić ani słowa”.
Po kilku dniach księżna nawiązała też znajomości, zaczęła korzystać w życia towarzyskiego: pojawiły się wspólne herbaty, na przykład u hrabiny Schaffgotsch, tańce oraz wycieczki do okolicznych miejscowości, w tym do Bukowca, gdzie szczególnie spodobał się księżnej park w stylu angielskim. Zafascynowana nowymi prądami w sztuce tworzenia ogrodów, już wcześniej przebudowała swój park puławski, dotychczas utrzymany w stylu włosko-francuskim, na styl angielski. Swoje doświadczenia na tym polu księżna spożytkowała później, pisząc książkę „Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów”, wydaną w oficynie Wilhelma Gottlieba Korna we Wrocławiu w 1805 roku i ozdobioną sztychami Jana Zachariasza Freya, nadwornego malarza Czartoryskich. Tak pisała po wizycie: „Przyroda uczyniła wszystko, jak wszędzie w tym zakątku Śląska, by upiększyć Bukowiec. Najróżnorodniejsze widoki, zieleń najświeższa, kraj pocięty polami, dalej góry i wspaniałe drzewa. Hrabia Reden, dawny właściciel Bukowca, bawił kilkakrotnie w Anglii i tam nabrał upodobania do jej kultury i do angielskich ogrodów. Można to zauważyć wszędzie, lecz przede wszystkim świadczą o tym szczegóły: wspaniałe pola uprawne, dobór drzew, rozplanowane z największym smakiem krzewy i rośliny obrzeżają drogi i ścieżki. Idąc nimi można dotrzeć do różnych interesujących budowli”. Księżna odwiedziła między innymi dom ogrodnika, opactwo, gdzie rok wcześniej spoczął hrabia Reden, oraz pawilon herbaciany, który hrabia wybudował dla swojej małżonki i z którego (również obecnie) roztacza się przepiękny widok na najwyższy szczyt Karkonoszy – Śnieżkę. Na ścianie odrestaurowanego pawilonu pojawiła się mała atrakcja dla odwiedzających: szklany zarys twarzy jednej ze znanych osobistości, która odwiedziła Bukowiec. Nie jest to jednak oblicze księżnej Czartoryskiej, a poety Johanna Wolfganga Goethego. I chociaż na makiecie przeczytać można słowa: „Tu byłem” – „Ich war hier”, obecności Johanna Wolfganga Goethego w Bukowcu nie można stuprocentowo potwierdzić. Na pewno przyjaźnił się z hrabią von Redenem i razem z nim wybrał się w 1790 roku do Tarnowskich Gór, aby zobaczyć tam pierwszą na świecie maszynę parową, która wypompowywała wodę z wyrobisk górniczych. Natomiast pobyt księżnej Czartoryskiej jest potwierdzony. Wzruszyła ją szczególnie żałoba hrabiny Reden: „Rok zaledwie upłynął od jego śmierci; w pierwszą rocznicę dla uczczenia jego pamięci ślubowała hrabina odziewać co roku dwadzieścia cztery sieroty. Spokojna boleść bez żadnej ostentacji, troska o biedne dzieci w jej posiadłości, dobroczynność pozbawiona wszelkiej miłości własnej (bo bez świadków) wzruszyły mnie bardziej niż głośne szlochy i wszelkie inne sposoby jawnego demonstrowania uczuć. (…) Odeszłam stamtąd głęboko wzruszona. Piękna miejscowość, boleść żony, głęboko odczuwającej swoje nieszczęście, widok tego uroczego miejsca, które tak krótko było radością hrabiego i które jemu zawdzięcza swą piękność, wreszcie on sam złożony tutaj do grobu wszystko to zajmowało moje myśli w drodze powrotnej do Cieplic”.
Po miesiącu pobytu w uzdrowisku księżna czuła się już jak u siebie w domu. Dopisywał jej humor – zauważyła z rozbawieniem, że żarty, które w okolicach Puław już dawno były passé, tutaj zaskakiwały i cieszyły się popularnością. Księżna stała się duszą towarzystwa i aranżowała życie towarzyskie Cieplic, nawet podczas kąpieli:
„Kąpiele mi służą, a przy tym bawią. Dzisiejsze popołudnie było szczególnie zabawne. W kąpielisku było mało kobiet, a zatem dużo miejsca. Zaproponowałam damom, aby zatańczyły w wodzie walca; ofiarowałam się śpiewać i udawać orkiestrę. Przyklaśnięto temu i projekt mój przyjęto z radością, lecz, co zabawne, panny nie miały odwagi próbować. Jedynie wdowy, które prawdopodobnie nie uczęszczają już na bale, przyklasnęły temu z całych sił. Zaśpiewałam i bal się rozpoczął. Chociaż takt nie zawsze był zachowany, wszystkie damy bawiły się i śmiały”, opisywała w dzienniku 1 sierpnia 1816 roku.
Po pobycie w Cieplicach księżna udała się jeszcze do Starego Zdroju, z którego 22 sierpnia napisała do męża, księcia Adama Kazimierza, że „Szczur zażywał wód, które odmłodziły go o 10 lat”.
Pobyt w uzdrowisku na pewno pomógł księżnej zregenerować siły i kontynuować działania patriotyczne, z którymi do chwili obecnej jest kojarzona. Po upadku powstania listopadowego w 1830 roku majątki Czartoryskich zostały skonfiskowane. Księżna musiała na zawsze opuścić Puławy. Izabela Czartoryska zmarła w 1835 roku – w tym roku upływa więc sto dziewięćdziesiąt lat od jej śmierci. Warto sięgnąć po „Dziennik” i poczytać, jak wyglądał nasz region i turystyka w pierwszej połowie XIX wieku w oczach bystrej, inteligentnej i niepozbawionej pisarskiego talentu podróżniczki.
Małgorzata Urlich-Kornacka, @Stowarzyszenie TUiTAM
Źródła:
Izabela Czartoryska: „Dyliżansem przez Śląsk. Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816”. Wrocław-Warszawa-Kraków 1968.
Michał Terlak: „Cieplice Śląskie Zdrój i okolice”. Warszawa 1966.
 
 
 
 
Brak st590074326_1259155496230244_842893292459360666_n.jpg
 
 

ZAMEK CHOJNIK

Pierwszy zameczek o charakterze myśliwskim wznieśli na górze Chojnik książęta świdnicko-jaworscy. Miało to miejsce ok. 1292 roku, a sama budowla wykonana była z drewna. Kiedy do władzy w księstwie świdnicko-jaworskim doszedł Bolko II, stworzył potężne mocarstwo, które w czasie swojego panowania umocnił wieloma zamkami. Za jego czasów, prawdopodobnie około 1355 roku, wzniesiono również zamek na Chojniku zastępując wcześniejszy drewniany dwór. Na skalistym szczycie opadającym od południa pionową ścianą powstała kamienna twierdza, choć niewielkich rozmiarów to przez swoje położenie niezwykle trudna do zdobycia.

W 1364 roku zamek obejmował już okrągłą wieżę, budynek mieszkalny i przyległy dziedziniec. Całość otoczono murami ze strzelnicami dostosowanymi do użycia broni palnej. Wiadomo, że od 1410 roku na jednym z dziedzińców ustawiony był kamienny pręgierz. Całość budowli wzniesiona została z kamienia. Po śmierci Bolka II wdowa po nim księżna Agnieszka oddała zamek w 1392 roku późniejszemu protoplaście potężnego śląskiego rodu Schaffgotsch– Gotsche Schoffowi, w którego to rodu rękach pozostał on do końca ostatniej wojny. W końcówce XIV wieku wybno kaplicę pod wezwaniem św. Jerzego i św. Barbary. Zamek nigdy nie posiadał studni, a wodę gromadzono w skalnych cysternach, najpierw na zamku górnym, potem kolejna znalazła się na terenie zamku dolnego.

Podczas wojen husyckich  Schaffgotschowie, mając oparcie w tej niedostępnej twierdzy, łupili podążających szlakiem handlowym kupców oraz okoliczną ludność.

Dnia 31 sierpnia 1675 od uderzenia pioruna wybuchł pożar, który strawił cały zamek. Schaffgotschowie przenieśli wówczas swą rodową siedzibę do Cieplic, a opuszczona warownia popadła w ruinę. W XIX wieku zamek stał się atrakcją turystyczną odwiedzaną przez kuracjuszy z Cieplic. W 1822 r. zorganizowano pod zamkiem punkt wynajmu przewodników i tragarzy. W ruinach zamku otwarto gospodę, w której prowadzono księgi pamiątkowe. W 1823 roku wybudowano schody na wieżę. W 1860 r. adaptowano północną basteję na schronisko turystyczne.

 W styczniu 1963 r. z powodu groźby zawalenia zamek zamknięto. Remont rozpoczął się jesienią tego samego roku. Formalnie zakończył się dopiero 10 lat później. Od 1991 r. na zamku odbywa się jeden z największych w Polsce turniejów kuszniczych -"O Złoty Bełt Zamku Chojnik". W 1993 roku zamek stał się siedzibą Bractwa Kuszniczego Zamku Chojnik które przejęło organizację turnieju, wtedy też wykonano metalowe schody na wieżę i zrekonstruowano ganek straży. W 2007 r. ustawiono granitowy pomnik upamiętniający wizytę w 1956 roku Karola Wojtyły z grupą studentów.

Zestaw szlaków prowadzących na zamek Chojnik :

 Czerwony Szlak na Zamek Chojnik z Sobieszowa: 50 min / Dystans: 1,9 km / Suma podejść: 254 m
 Czarny Szlak na Zamek Chojnik z Sobieszowa: 45 min/ Dystans: 1,6 km / Suma podejść: 247 m
Żółty Szlak na Zamek Chojnik z Zachełmia Podzamcza: 1h 15 min / Dystans: 2,8 km / Suma podejść: 264
 Czarny Szlak na Zamek Chojnik z Zachełmia: 50 min / Dystans: 2,1 km / Suma podejść: 156 m
Zielony Szlak na Zamek Chojnik z Przełęczy Ludomira Różyckiego: 45 min / dystans: 1,6 km / Przewyższenie: 108 m

 

20250422_145310.jpg

 

 

20250422_151211.jpg

 

 

CHOJ.jpg

 

 

jp ii.jpg

 

 

20250422_151655.jpg

 

 

Zamek.jpg

Zespół szpitalny św. Ducha na tzw. Nowym Mieście

                 Idąc przez most Piaskowy w stronę Hali Targowej przecinamy ulicę św. Ducha. Mało kto orientuje się skąd pochodzi nazwa tej krótkiej ulicy (140 m długości), biegnącej wzdłuż nadodrzańskiego bulwaru.

               We wczesnym średniowieczu istniało we Wrocławiu wiele placówek dobroczynnych. Jednym z najwcześniejszych przykładów takiego miejsca jest szpital św. Ducha ufundowany wraz z kościołem o tym samym wezwaniu w roku 1214 przez księcia Henryka Brodatego. Zespół ten był zlokalizowany na tzw. Nowym Mieście nieopodal Mostu Piaskowego na terenie między Oławą, a Odrzycą przy dzisiejszej Hali Targowej. Terytorium wzmiankowane w dokumencie fundacyjnym było w tamtym czasie wyspą. Świątynia została wybudowana w stylu romańskim przez opata konwentu NMP na Piasku, Witosława. Świątyni towarzyszył szpital dla ubogich, chorych i pielgrzymów. W Polsce istniała w tym czasie tylko jedna placówka tego typu i prowadzili ją w Poznaniu Joannici. W średniowieczu szpital był formą realizacji chrześcijańskiego miłosierdzia, a jego istnienie zapewniało zbawienie fundatorom i dobroczyńcom. Służył pomocą wszystkim potrzebującym wsparcia, zapewniał schronienie, pożywienie, dostęp do liturgii, opiekę w razie choroby oraz pogrzeb po śmierci.

             Niestety w roku 1241 podczas najazdu tatarskiego obydwie budowle zostały zniszczone. W tym samym XIII stuleciu Henryk III odbudował w stylu gotyckim kościół jak również szpital. Świątynia pełniła funkcję parafii dla Nowego Miasta. Na wszystkich przedstawieniach ikonograficznych zespół szpitalno-kościelny jest otoczony murowanym ogrodzeniem w którym znajduje się brama wjazdowa i furtka dla pieszych. Mur ten nie tylko zabezpieczał suwerenność terytorialną całego zespołu, lecz przede wszystkim, zgodnie z surowo przestrzeganym regulaminem ograniczał pensjonariuszom możliwość pokątnego zbierania jałmużny oraz ewentualne odwiedzenie karczmy. Każde oddalenie się z terenu szpitala było kontrolowane i mogło trwać nie dłużej niż dwie godziny.                                                

               Od momentu przeniesienia parafii do kościoła św. Bernarda (obecnie Muzeum Architektury) cały zespół św. Ducha zaczął chylić się ku ruinie. Ostatecznie w roku 1597cesarz Rudolf zatwierdził likwidację parafii św. Ducha, a Kościół i zabudowania szpitalne zostały rozebrane aż do fundamentów pod rozbudowę fortyfikacji miejskich. Do dzisiejszych czasów przetrwała tylko nazwa ulicy Świętego Ducha. Przez kolejne 300 lat nie było we Wrocławiu kościoła pod tym wezwaniem.

 

Na podstawie: Małgorzata Romanow, Jerzy Romanow " Szpital Ducha Swietego we Wroclawiu w swietle badan archeologicznych"

Zrzut ekranu 2025-12-10 163000.png

 

 

 

 

 

Kontakt

tel.: 511 087 085
e-mail: info@infocentrum.wroclaw.pl
www.infocentrum.wroclaw.pl
  InfoCentrum
na Ostrowie Tumskim
pl. Katedralny 1
50-329 Wrocław

Godziny otwarcia

 UWAGA! W styczniu i lutym InfoCentrum jest NIECZYNNE

miesiące  pon.-piątek sobota niedziela 
marzec  9:00-16:00 9:00-15:00 14:00-16:00 
kwiecień 9:00-17:00 9:00-15:00 14:00-16:00
maj-wrzesień  9:00-17:00 9:00-16:00 14:00-17:30
paźdz.-grudz. 9:00-16:00 9:00-15:00 14:00-16:00

 

Projekt jest współfinansowany ze środków gminy Wrocław

logowrocław

 https://www.wroclaw.pl/

Odwiedziny

3270392
Dzisiaj
Wczoraj
Ten miesiąc
Ubiegły miesiąc
Od początku
1644
2608
63638
62827
3270392

2026-09-29 17:46


logo