Wrocław mógł mieć swoją wszechnicę ponad 200 lat wcześniej, zanim powstała słynna Academia Leopoldina.
 
20 lipca 1505 roku król Czech i Węgier Władysław II Jagiellończyk wydał w Budzie akt fundacyjny zezwalający na utworzenie we Wrocławiu uczelni wyższej pod nazwą Generale litterarum Gymnasium.
Monarcha w dokumencie pisał o Wrocławiu z zachwytem:
Postanowiliśmy (...) dla pomyślnego rozwoju naszej prawdziwej chrześcijańskiej religii, dla chwały i wywyższenia naszego królestwa i Korony Czech (...) ufundować uniwersytet, aby były na nim wykładane przez wyznaczonych i mianowanych w tym celu profesorów zasady teologii oraz prawa kanonicznego i cesarskiego, a także nauki filozofii, ponadto medycyny, gramatyki, dialektyki, retoryki, poetyki, arytmetyki, geometrii, muzyki i astronomii. Czynimy to w naszym mieście Wrocławiu, które jest stolicą całego Śląska i z łatwością przewyższa wszystkie miasta Niemiec cudownie dobrym położeniem, znakomitością budynków i świetnych monumentów, a ponadto kulturą mieszkańców.
 
Idea utworzenia uniwersytetu we Wrocławiu zrodziła się wśród mieszczan wrocławskich, którym przewodził Grzegorz Morenberg, magister filozofii, sekretarz wrocławskiej rady miejskiej. Swój pomysł, miejski rajca i uczony, przedstawił papieskiemu legatowi na Czechy i Węgry, kardynałowi Piotrowi Reginusowi oraz staroście krajowemu, Janowi Haunoldowi, którzy podeszli do niego bardzo przychylnie. Inicjatywa powołania uniwersytetu spotkała się także z dużą aprobatą biskupa wrocławskiego, Jana Rotha.
Jak miał wyglądać wrocławski uniwersytet?
4 wydziały: teologia, prawo (kościelne i cywilne), medycyna oraz filozofia (ze słynnymi siedmioma sztukami wyzwolonymi).
Nowatorski ustrój: zwierzchnikiem (kanclerzem) miał być biskup wrocławski, ale ogromną władzę i prawo wyboru profesorów otrzymała Rada Miejska Wrocławia!
Lokalizacja: tymczasowa siedziba miała powstać tuż przy kościele św. Elżbiety.
Dlaczego „Gymnasium” i jak to się ma do wrocławskich szkół?  W renesansie łacińskie pojęcie gymnasium odnosiło się do szkoły wyższej lub humanistycznej uczelni przygotowawczej. Wrocław miał już wtedy znakomite zaplecze edukacyjne!
Wkrótce po nieudanej próbie uniwersyteckiej miasto stało się potęgą szkolnictwa średniego. Powstały tu wybitne gimnazja akademickie:
Gimnazjum św. Elżbiety (przy kościele św. Elżbiety),  Gimnazjum św. Marii Magdaleny, a także liczne mniejsze szkoły przy kościołach i klasztorach!
To właśnie wysoki poziom dydaktyczny tych gimnazjów sprawił, że Wrocław przez wieki słynął ze świetnie wykształconych mieszczan, mimo braku własnego uniwersytetu!
Dlaczego projekt z 1505 roku upadł?
Do otwarcia uczelni brakowało jedynie papieskiej zgody (bulli erekcyjnej). Papież Juliusz II odmówił jednak jej wydania... na skutek silnego protestu Akademii Krakowskiej!  Co kierowało krakowską uczelnią? Przede wszystkim lęk przed konkurencją. Uniwersytet we Wrocławiu najpewniej spowodowałby odpływ studentów ze Śląska, których liczebność była znaczna i zapewniała spore dochody uniwersytetowi jak i miastu.  Wrocławianie próbowali przekonać papieża jeszcze raz. Nowy ordynariusz wrocławski, Jan Turzon  przebywając  w Rzymie w roku 1507, podjął kolejną próbę przekonania papieża do idei założenia nowej uczelni, jednak i tym razem nie otrzymał papieskiej zgody.
 
Wroclaw_swElzbieta_XV.jpg
 
 

 
 
 

Historia parafii w Głębowicach nierozłącznie łączy się z osobą barona Jana Adam de Garniera, który ufundował zarówno kościół jak i klasztor w XVII wieku. Jan Adam de Garnier urodził się 2 lutego 1613r. w Ensisheim na terenie Alzacji. Studiował w młodości filozofię u jezuitów w Besançon. Studia te ukończył w 1632 r. z najwyższą oceną. Gdy miał lat 26, w 1640 r. zaciągnął się do wojsk cesarskich pod dowództwem Melchiora Hatzfelda, osiadłego potem w Żmigrodzie. Jako oficer musiał się wyróżniać, o czym świadczy tytuł barona, który mu przyznał cesarz Ferdynand II w 1652 r. a także dwugłowy orzeł cesarski dodany mu do herbu. W dowód zaufania i wdzięczności za zasługi otrzymał w roku 1660 urząd starosty książęcego w Żaganiu. Ale już wówczas Garnier był wierny swojej dewizie rodowej: „Boga się lękaj, księcia szanuj”, służąc bowiem cesarzowi, pamiętał o zbawieniu swojej duszy. W związku z tym wspierał fundacjami jezuitów, utrzymywał też własnym kosztem 50 alumnów seminarium jezuickiego oraz 12 muzyków. W zimie 1676 r. w czasie podróży jaką odbył do Cieplic, zatrzymał się przejazdem w klasztorze karmelickim w Strzegomiu na nocleg. Atmosfera domu zakonnego tak go urzekła, że to ich właśnie postanowił sprowadzić do swych posiadłości. Zamiar, który dojrzał ostatecznie pamiętnego wieczoru 4 lutego 1676 r. w czasie pierwszej wizyty w klasztorze karmelitów w Strzegomiu, skonkretyzował się 12 marca, kiedy wracając z Cieplic pułkownik wręczył przebywającemu wówczas w tym mieście generalnemu komisarzowi zakonu akt zawierający wstępne oświadczenie woli założenia fundacji. Ostateczne podpisanie aktu fundacyjnego przez Garniera i prowincjała karmelitów o. Bernarda od Obrazu Maryi nastąpiło 31 lipca 1676 r. Budowę klasztoru rozpoczęto od założenia kamienia węgielnego w dniu 23 sierpnia 1676 r. Podarował też wówczas Garnier klasztorowi wzgórze w Trzcinicy Małej, na którym mieli zakonnicy zbudować erem złożony z pojedynczych domków skupionych wokół kościoła. W 1679 r. Garnier wstąpił jako świecki brat do zakonu, zamieszkując w klasztorze, który powstał z jego inicjatywy. Umarł tam w rok później – 21 października 1680 r. i został pochowany w krypcie pod ołtarzem, wraz z innymi karmelitami. Jeszcze za życia Jan Adam de Garnier założył fundację swego imienia, z której powstały i zostały uposażone: kościół i klasztor w Głębowicach, kościół i klasztor w Wołowie, klasztor w Kożuchowie, kościół i klasztor w Strzegomiu oraz już po jego śmierci finansowana była Aula Leopoldina – Kolegium Jezuickiego, dziś Uniwersytetu Wrocławskiego. Głębowice słynęły ponadto z wielkich odpustów, z okazji dorocznego święta patronki kościoła Matki Bożej Szkaplerznej – 16 lipca i patrona św. Eliasza – 20 lipca. Na czas odpustu trwającego przez 8 dni przybywały do wsi liczne pielgrzymki, nawet z odległych zakątków Śląska i Polski. Karmelici, zgodnie z tradycją swojego zakonu, szczególnie gorliwie szerzyli wśród miejscowej ludności kult Matki Bożej Pośredniczki Łask Wszelkich. Pomocna im w tym była słynąca łaskami, rzeźba przedstawiająca Matkę Bożą z Dzieciątkiem, trzymającym na ręce szkaplerz. Figurkę tę ufundował i sprowadził do Głębowic Jan Adam de Garnier wracając z pielgrzymki do Włoch. Wkrótce potem zasłynęła ona cudownymi łaskami. Maryja była czczona w Głębowicach przez dwa stulecia, a pobożni pielgrzymi spieszyli tam zewsząd by oddać Jej cześć. W następstwie sekularyzacji klasztor został rozwiązany. Z czasem usunięto figurkę z kościoła i umieszczono na strychu. Pokryta kurzem i zapomniana przeleżała tam do 1934 r. Wówczas to odszukał ją i poddał gruntownej konserwacji ówczesny proboszcz – ks. Richard Mager, który na Boże Narodzenie 1934 r. ofiarował ją Siostrom Karmelitankom na wrocławskich Pawłowicach. 15 sierpnia 1936 r. miało miejsce poświęcenie i koronacja cudownej figurki, do którego w niedziele pielgrzymowały liczne rzesze wiernych, jak za dawnych czasów. W roku 1940 po zajęciu klasztoru Karmelitanek przez hitlerowców, figurkę wywieziono w głąb Niemiec i umieszczono w kościele, który spłonął w 1944 r. W 2011 r. wizerunek pojawił się na stronie internetowej Sióstr Karmelitanek z Niemiec ze szczegółową adnotacją skąd pochodzi. Decyzją Ks. Proboszcza Jarosława Olejnika oraz całej wspólnoty parafialnej podjęto się wykonania kopii cudownej figury Matki Bożej Szkaplerznej. Kopię figury wykonał artysta rzeźbiarz Andrzej Walijewski, a jej uroczystego poświęcenia dokonał 19 lipca 2019 r. Jego Ekscelencja Biskup Jacek Kiciński CMF. Od tego czasu kult Matki Bożej Szkaplerznej rozwija się w parafii na nowo.

Każdego 16 dnia miesiąca odbywa się specjalne nabożeństwo ku czci Matki Bożej Szkaplerznej. Dekretem Arcybiskupa Metropolity Wrocławskiego Józefa Kupnego z dnia 8 września 2025 r. parafia została ustanowiona Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel w Głębowicach.

Pomiędzy Głębowicami a sąsiednią Trzcinicą Wołowską odnajdziemy 7 kapliczek ku czci 7 Boleści Matki Bożej, które stanowią piękną trasę sprzyjającą modlitwie i kontemplacji.

 

 

 

 Ga.jpg

 

 

 GARNier.jpg

 

To w tym budynku, ówczesnym HOTELU de POLOGNE koncertował 7.11.1830 Fryderyk Chopin
 
Koniec XIX w., dawna kamienica przy ul. Biskupiej 13.
Budynek ten miał bogatą i tajemniczą historię. W XVIII wieku znajdowała się w nim elitarna sala redutowa, która gościła wielu znamienitych gości, w tym króla Prus, Fryderyka II. Z biegiem lat kamienicę przekształcono w zajazd 𝐻𝑜̂𝑡𝑒𝑙 𝑑𝑒 𝑃𝑜𝑙𝑜𝑔𝑛𝑒, w którym silnie zaznaczył się polski ślad. To właśnie w tutejszej sali 7 listopada 1830 roku swój wrocławski koncert dał Fryderyk Chopin. Kompozytor, tuż po wcześniejszej próbie w katedrze, zaprezentował publiczności Rondo z Koncertu fortepianowego e-moll oraz improwizował na tematy operowe. Od 1840 roku obiekt kontynuował działalność hotelową pod nowym szyldem 𝐾𝑜̈𝑛𝑖𝑔 𝑣𝑜𝑛 𝑈𝑛𝑔𝑎𝑟𝑛, nawiązując do króla Węgier.
W epoce III Rzeszy pod numerem 13 zagościł aparat nazistowskiego terroru, czyli tzw. Brunatny Dom, pełniący funkcję kwatery głównej wrocławskich struktur NSDAP. 4 kwietnia 1933 roku oddziały SA zawlekły tu trzech polskich studentów Uniwersytetu Wrocławskiego. Zostali oni brutalnie pobici wyłącznie za to, że w pobliskim lokalu przy dzisiejszej ulicy Wita Stwosza rozmawiali w ojczystym języku.
Kres istnienia kamienicy przyniosło oblężenie miasta w 1945 roku.
 
Hote.jpg
Ung.png
 
Jaką historię opowiedzieć może biurko proboszcza kąckiej parafii, a jakie drewniana dzieża przywieziona z Kresów.
Gdyby przedmioty umiały opowiadać…  
W Regionalnej Izbie Pamięci w Kątach Wrocławskich eksponatów jest naprawdę dużo. Każdy z nich mógłby opowiedzieć swoją ciekawą i często skomplikowaną historię. I choć często są to opowieści dotyczące dnia powszedniego, związane z konkretną rodziną, to nierzadko przebija się w nich wielka Historia.
Dzieża – czyli chleb nasz powszedni 
Dzisiaj, ze względów zdrowotnych czy dietetycznych, wiele osób rezygnuje z jedzenia pieczywa. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu takie „fanaberie” byłyby absolutnie nie do pomyślenia. Chleb był najważniejszym posiłkiem. Znaczył coś więcej niż zwykłe pożywienie. Traktowano go jak świętość. Nie wolno było wyrzucić ani okruszyny, a kromkę, która spadła na ziemię, podnoszono z szacunkiem i całowano. Chleb, zwłaszcza w rodzinach wiejskich, wypiekano głównie w domu. Podstawowym przedmiotem do wyrabiania ciasta była dzieża.
Drewniana dzieża znajdująca się w jednym z pomieszczeń kąckiej izby pamięci została przywieziona z Helenkowa w województwie tarnopolskim (gmina Kozowa, powiat Brzeżany). Na co dzień służyła rodzinie do przygotowywania chleba, ale gdy zaistniała taka potrzeba, zmieniła swoją funkcję. Podczas kilkutygodniowej podróży w nieznane, w którą wyruszyła rodzina z Helenkowa w sierpniu 1945 roku, stała się wanienką do kąpania niemowlęcia. 
Kto z repatriantów przezornie zadbał o to, by taką dzieżę ze sobą zabrać, ten głodu nie zaznał. Mniej zapobiegliwi sąsiedzi zmuszeni byli takie naczynie pożyczać lub szukać nielicznych podówczas piekarni. A samo pieczenie chleba to dopiero było wydarzenie!
Pan Stanisław Cały z Tyńca Małego wspomina:
„Pamiętam z młodości, jak mama piekła chleb w domu. Wstawała wcześnie, by z zakwasu przygotować rozczyn w drewnianej dzieży – był to wielogodzinny proces i wszystko ręcznie wyrabiane. Formowane bochny wkładało się do słomianych koszyczków do wyrośnięcia […]. Każdy rozpoczynany bochenek przed krojeniem był przeżegnany znakiem krzyża”. 
Biurko – historia, która łączy
Stojące w kącie sali wystawienniczej XIX-wieczne dębowe biurko jest niewątpliwie pięknym przedmiotem, ale tym, co stanowi o jego wyjątkowości, są osoby, które przy nim pracowały. Biurko było przez wiele lat własnością kąckiej parafii katolickiej. Na nim zapisywano chrzty, śluby, pogrzeby i inne dokumenty, aż do roku 2019.
Pracowało przy nim wielu księży, lecz dla historii miasta najistotniejsi są dwaj – ostatni niemiecki proboszcz Adolph Moepert i pierwszy polski Franciszek Piszczor, a właściwie Piszczór. Pierwszy z nich to doktor filozofii urodzony w Chomiąży koło Środy Śląskiej, wielki umysł i znakomity gospodarz. Znał, o dziwo, język polski, a wśród rozlicznych, napisanych przy tym biurku książek znalazła się i taka o słowiańskich nazwach miejscowości w okolicy.
Nie był zapewne kochany przez faszystowskie władze. Nie uciekł też z włodarzami miasta na wieść o zbliżających się wojskach radzieckich, nie chcąc porzucać swoich parafian. I zapłacił za to wkrótce życiem, zastrzelony 17 lutego 1945 roku przez pijanych radzieckich żołdaków podczas próby obrony sióstr zakonnych. Jego nagrobek, znajdujący się za kościołem, odwiedzany jest i dziś. 🕯️
Ksiądz Franciszek Piszczor to góral z urodzenia, kresowiak z wyboru, mówiący piękną lwowską gwarą. Trafił tu z Tłumacza pod Stanisławowem za swoimi dawnymi parafianami. Przyjechał w sierpniu 1945 roku na „ziemie odzyskane” koleją, najpierw na stację w Brochowie, który był wówczas miastem (!). Potem już na pace ciężarówki dotarł do Gniechowic. W 1946 roku objął parafię w Kątach Wrocławskich, pozostając tu niemal dwadzieścia lat.
Jego postawa i niezłomność dawały pokrzepienie mieszkańcom miasta, którzy przybyli tu z różnych stron i nieraz trudno było się im porozumieć. Pamięć o utraconych Kresach starał się, mimo nieprzyjaznej temu władzy, pielęgnować. To dzięki niemu w kąckiej świątyni zawisł obraz przywieziony spod Stanisławowa. ❤️
A jakie historie mogłyby opowiedzieć przedmioty w Państwa domach?
Tekst: Beata Jurcewicz
 
 
kuch.jpg
 
biu.jpg
 
 
ks.jpg
 
 
721369133_1347747534151937_2540272710808856788_n.jpg
 
 
Izabela Czartoryska u śląskich wód
 
„… łazienki znane przez kąpiele
Przywabiają co roku różnych gości wiele
Budową swą, rozkładem i porządkiem miłe,
Która gorącą wodą tryskając, paruje,
A na różne słabości cudownie skutkuje”.
Tak w 1851 roku pisał, wspominając Cieplice, poeta Bogusz Zygmunt Stęczyński. Trzeba jednak zaznaczyć, że cieplickie wody już wcześniej „przywabiały” gości nie tylko z różnych stron Polski, ale i Europy. Latem 1816 roku przybyła na Dolny Śląsk Izabela (właściwie: Elżbieta) Dorota z Flemmingów Czartoryska – jedna z najbardziej wpływowych kobiet epoki oświecenia, patriotka, mecenaska sztuki, założycielka pierwszego polskiego muzeum (obecnie jest to Muzeum Czartoryskich w Krakowie) i pisarka. Przyjechała do „wód”, czyli do Cieplic i Starego Zdroju (oryg. Altwasser – obecnie część Wałbrzycha), aby zażyć zdrowotnych kąpieli i podkurować chorą nogę. Szczęśliwie się złożyło, że posiadamy relację z tej podróży. Księżna napisała bowiem dziennik pt. „Dyliżansem przez Śląsk: Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816”, który został przetłumaczony z języka francuskiego na język polski i wydany w 1968 roku. To właśnie potoczysty język i poczucie humoru siedemdziesięcioletniej „kuracjuszki”, przez pryzmat którego opisuje ludzi, zdarzenia i swoje odczucia, powodują, że relację czyta się z dużą przyjemnością. Dziennik z podróży Czartoryska rozpoczęła spisywać 30 czerwca, a zakończyła 5 września 1816 roku.
Cieplice to najstarszy kurort w Polsce, wymieniany w dokumentach w 1281 roku jako „calidus fons” – ciepłe źródło. Wówczas książę Bolko I świdnicki zezwolił joannitom – zakonnikom zajmującym się leczeniem i pielęgnowaniem chorych – na wybudowanie przy źródłach i klasztorze gospody dla gości. Sto lat później miejscowość stała się własnością rodziny Schaffgotsch, a joannitów w ich misji zastąpili cystersi. Pierwszy naukowy opis wód pochodzi z 1569 roku. Do Cieplic zaczęli przybywać kuracjusze, aby wyleczyć schorzenia i nabrać nowych sił witalnych. Do najbardziej znanych wizyt należy wizyta królowej Marii Kazimiery (Marysieńki), żony Jana III Sobieskiego:
„Anno 1687 30 czerwca w poniedziałek po południu przybyła do naszego kąpieliska królowa Polski z kilku setkami wozów oraz 1500 osobami. Zamieszkała w pałacu hrabiny, a inni ludzie tu i ówdzie. Również dużo koni rozlokowano po wsiach. Królowa brała kąpiele w kąpielisku klasztornym. Wystawiono silną straż, co wieczór 10 ludzi”, notował w pamiętniku młody cieplicki szklarz Krzysztof Scholtze.
I choć liczby wymienione w opisie są przesadzone – sto lat po pobycie królowej Cieplice liczyły 1391 mieszkańców, więc logicznym wydaje się, że marszałek dworu królowej nie przygotowałby dla Marii Kazimiery znacznie więcej osób towarzyszących i służby, niż liczyła sama miejscowość – jej wizyta na pewno spopularyzowała działalność uzdrowiska i skuteczność wód na choroby wszelakie. Jeszcze długo po wyjeździe królowej Marysieńki i jej dworu południowo-zachodnią część Cieplic oficjalnie nazywano „polską stroną”.
Przyjazd Izabeli z Flemingów Czartoryskiej nie był aż tak spektakularny: księżna przybyła do Cieplic w towarzystwie swojej wychowanki i ulubienicy Zofii Matuszewiczówny, pani Neuvillowej, rezydentki Puław i Sieniawy, oraz jej córki Izabeli zwanej Lilą. Poza tym towarzyszyli księżnej czuwający nad jej zdrowiem doktor Khittel, nadworny lekarz puławski, oraz kucharz i kilka kobiet służebnych. Z księżną podróżowali też jej ulubieńcy: mały pokojowy piesek zwany Szczurem oraz szara papuga Bazia, która wzbudzała wszędzie spore zainteresowanie.
Pobyt księżnej przypadł na okres drobnego zastoju kurortu: było to krótko po sekularyzacji zakonu cystersów (1810 rok), ale jeszcze przed rozkwitem uzdrowiska, którego Schaffgotschowie dokonywali stopniowo od lat 20. XIX wieku: dowiercono się do nowych źródeł, wprowadzono nowe metody leczenia, między innymi kąpiele borowinowe, wybudowano teatr w parku zdrojowym. Od 1827 roku wprowadzono stałe połączenie pocztowe między Jelenią Górą a Cieplicami (dyliżans przejeżdżał dwa razy dziennie), a od około 1880 roku powstała regularna komunikacja pasażerska między Jelenią Górą a Cieplicami, którą obsługiwało dwadzieścia dyliżansów. W 1897 roku ruszyły tramwaje, od 1900 roku tramwaje elektryczne.
Początkowo księżna Czartoryska nie była zachwycona kąpielami: „Trzeba naprawdę wierzyć w skuteczność tych wód, żeby z nich korzystać w tych warunkach. Jest to okrągła sala zbudowana nad źródłem wody, która wprawdzie ciągle się zmienia i płynie nieustannie, lecz zanurza się w niej aż po szyję czterdzieści naraz kobiet mniej lub bardziej chorych, znęconych nadzieją wyleczenia. Są między nimi młode i stare, ładne i bardzo brzydkie; są czerwone, białe, żółte i bezbarwne. Drzwi otwierają się ciągle i coraz to ukazuje się postać w długiej, białej koszuli, zanurza się w wodę jak widmo, gubiąc się za chwilę w tłumie. Widząc ten piękny melanż, nie będę ukrywać, odczułam pewien niesmak. Nie znałam prawie nikogo, siedziałam więc w swoim kącie i oczekiwałam z niecierpliwością chwili rozstania z tym towarzystwem. Tymczasem wyjście okazało się jeszcze mniej przyjemne; całkowicie zmoczona, z trudnością zdołałam ściągnąć olbrzymią koszulę, w której się kąpałam, gdy zarzucono mi na ramiona okrycie z flaneli, lecz mimo to drżałam z zimna. Wdziałam na nogi coś w rodzaju pantofli, lecz zgubiłam je zaraz na pierwszym stopniu. W końcu jakoś trafiłam do gabineciku przeznaczonego na przebieranie się, lecz zastałam jedną damę w koszuli, drugą, która ściągała podobną, ich pokojówki i ubrania. Wpakowałam się do kąta i klęłam kąpielisko; obiecywałam sobie więcej tu nie wracać i brać kąpiele w wannie, lecz dotkliwy ból nogi przypomniał mi o konieczności powrotu; może jutro wszystko ułoży się lepiej”, relacjonowała w „Dzienniku” 18 lipca 1816 roku.
Dwa dni później zmieniła zdanie. Wychodzenie z kąpieliska w długiej mokrej koszuli nie sprawiało już problemów, księżna „za dukata” otrzymała gabinet wyłącznie do swojej dyspozycji i po wyjściu zastawała „bieliznę ogrzaną”. Zdecydowanie poprawił się jej nastrój, co widać w bystrym i niepozbawionym poczucia humoru opisie współtowarzyszek kąpieli, ale i samej siebie: „Niezmiernie różnorodne są przybrania głów kobiecych; jestem niemal pewna, że te stroiki są pracowicie wystudiowane w przeddzień, toteż taka dama wchodząc na salę, obrzuca ukradkowym spojrzeniem całe towarzystwo, które już się kąpie, chcąc stwierdzić, jakie wrażenie wywiera jej pojawienie się. Zauważyłam, że dopóki otyłe matrony przebywają w wodzie, są tak pewne siebie, że napawa to poczuciem bezpieczeństwa wszystkie pozostałe. Natomiast wyjście starszej damy z kąpieli jest dość ryzykowne. Drzwi wąskie, koszule mokre, można się domyślić, jakie to daje efekty. Tego rana byłam zniecierpliwiona wrzawą spowodowaną przez czterdzieści mówiących naraz kobiet; to nieprzyjemne niewątpliwie, lecz zastanawiając się, doszłam do wniosku, że jedną z przyczyn złego humoru był fakt, iż mając dużo do powiedzenia, nie mogłam wtrącić ani słowa”.
Po kilku dniach księżna nawiązała też znajomości, zaczęła korzystać w życia towarzyskiego: pojawiły się wspólne herbaty, na przykład u hrabiny Schaffgotsch, tańce oraz wycieczki do okolicznych miejscowości, w tym do Bukowca, gdzie szczególnie spodobał się księżnej park w stylu angielskim. Zafascynowana nowymi prądami w sztuce tworzenia ogrodów, już wcześniej przebudowała swój park puławski, dotychczas utrzymany w stylu włosko-francuskim, na styl angielski. Swoje doświadczenia na tym polu księżna spożytkowała później, pisząc książkę „Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów”, wydaną w oficynie Wilhelma Gottlieba Korna we Wrocławiu w 1805 roku i ozdobioną sztychami Jana Zachariasza Freya, nadwornego malarza Czartoryskich. Tak pisała po wizycie: „Przyroda uczyniła wszystko, jak wszędzie w tym zakątku Śląska, by upiększyć Bukowiec. Najróżnorodniejsze widoki, zieleń najświeższa, kraj pocięty polami, dalej góry i wspaniałe drzewa. Hrabia Reden, dawny właściciel Bukowca, bawił kilkakrotnie w Anglii i tam nabrał upodobania do jej kultury i do angielskich ogrodów. Można to zauważyć wszędzie, lecz przede wszystkim świadczą o tym szczegóły: wspaniałe pola uprawne, dobór drzew, rozplanowane z największym smakiem krzewy i rośliny obrzeżają drogi i ścieżki. Idąc nimi można dotrzeć do różnych interesujących budowli”. Księżna odwiedziła między innymi dom ogrodnika, opactwo, gdzie rok wcześniej spoczął hrabia Reden, oraz pawilon herbaciany, który hrabia wybudował dla swojej małżonki i z którego (również obecnie) roztacza się przepiękny widok na najwyższy szczyt Karkonoszy – Śnieżkę. Na ścianie odrestaurowanego pawilonu pojawiła się mała atrakcja dla odwiedzających: szklany zarys twarzy jednej ze znanych osobistości, która odwiedziła Bukowiec. Nie jest to jednak oblicze księżnej Czartoryskiej, a poety Johanna Wolfganga Goethego. I chociaż na makiecie przeczytać można słowa: „Tu byłem” – „Ich war hier”, obecności Johanna Wolfganga Goethego w Bukowcu nie można stuprocentowo potwierdzić. Na pewno przyjaźnił się z hrabią von Redenem i razem z nim wybrał się w 1790 roku do Tarnowskich Gór, aby zobaczyć tam pierwszą na świecie maszynę parową, która wypompowywała wodę z wyrobisk górniczych. Natomiast pobyt księżnej Czartoryskiej jest potwierdzony. Wzruszyła ją szczególnie żałoba hrabiny Reden: „Rok zaledwie upłynął od jego śmierci; w pierwszą rocznicę dla uczczenia jego pamięci ślubowała hrabina odziewać co roku dwadzieścia cztery sieroty. Spokojna boleść bez żadnej ostentacji, troska o biedne dzieci w jej posiadłości, dobroczynność pozbawiona wszelkiej miłości własnej (bo bez świadków) wzruszyły mnie bardziej niż głośne szlochy i wszelkie inne sposoby jawnego demonstrowania uczuć. (…) Odeszłam stamtąd głęboko wzruszona. Piękna miejscowość, boleść żony, głęboko odczuwającej swoje nieszczęście, widok tego uroczego miejsca, które tak krótko było radością hrabiego i które jemu zawdzięcza swą piękność, wreszcie on sam złożony tutaj do grobu wszystko to zajmowało moje myśli w drodze powrotnej do Cieplic”.
Po miesiącu pobytu w uzdrowisku księżna czuła się już jak u siebie w domu. Dopisywał jej humor – zauważyła z rozbawieniem, że żarty, które w okolicach Puław już dawno były passé, tutaj zaskakiwały i cieszyły się popularnością. Księżna stała się duszą towarzystwa i aranżowała życie towarzyskie Cieplic, nawet podczas kąpieli:
„Kąpiele mi służą, a przy tym bawią. Dzisiejsze popołudnie było szczególnie zabawne. W kąpielisku było mało kobiet, a zatem dużo miejsca. Zaproponowałam damom, aby zatańczyły w wodzie walca; ofiarowałam się śpiewać i udawać orkiestrę. Przyklaśnięto temu i projekt mój przyjęto z radością, lecz, co zabawne, panny nie miały odwagi próbować. Jedynie wdowy, które prawdopodobnie nie uczęszczają już na bale, przyklasnęły temu z całych sił. Zaśpiewałam i bal się rozpoczął. Chociaż takt nie zawsze był zachowany, wszystkie damy bawiły się i śmiały”, opisywała w dzienniku 1 sierpnia 1816 roku.
Po pobycie w Cieplicach księżna udała się jeszcze do Starego Zdroju, z którego 22 sierpnia napisała do męża, księcia Adama Kazimierza, że „Szczur zażywał wód, które odmłodziły go o 10 lat”.
Pobyt w uzdrowisku na pewno pomógł księżnej zregenerować siły i kontynuować działania patriotyczne, z którymi do chwili obecnej jest kojarzona. Po upadku powstania listopadowego w 1830 roku majątki Czartoryskich zostały skonfiskowane. Księżna musiała na zawsze opuścić Puławy. Izabela Czartoryska zmarła w 1835 roku – w tym roku upływa więc sto dziewięćdziesiąt lat od jej śmierci. Warto sięgnąć po „Dziennik” i poczytać, jak wyglądał nasz region i turystyka w pierwszej połowie XIX wieku w oczach bystrej, inteligentnej i niepozbawionej pisarskiego talentu podróżniczki.
Małgorzata Urlich-Kornacka, @Stowarzyszenie TUiTAM
Źródła:
Izabela Czartoryska: „Dyliżansem przez Śląsk. Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816”. Wrocław-Warszawa-Kraków 1968.
Michał Terlak: „Cieplice Śląskie Zdrój i okolice”. Warszawa 1966.
 
 
 
 
Brak st590074326_1259155496230244_842893292459360666_n.jpg
 
 

ZAMEK CHOJNIK

Pierwszy zameczek o charakterze myśliwskim wznieśli na górze Chojnik książęta świdnicko-jaworscy. Miało to miejsce ok. 1292 roku, a sama budowla wykonana była z drewna. Kiedy do władzy w księstwie świdnicko-jaworskim doszedł Bolko II, stworzył potężne mocarstwo, które w czasie swojego panowania umocnił wieloma zamkami. Za jego czasów, prawdopodobnie około 1355 roku, wzniesiono również zamek na Chojniku zastępując wcześniejszy drewniany dwór. Na skalistym szczycie opadającym od południa pionową ścianą powstała kamienna twierdza, choć niewielkich rozmiarów to przez swoje położenie niezwykle trudna do zdobycia.

W 1364 roku zamek obejmował już okrągłą wieżę, budynek mieszkalny i przyległy dziedziniec. Całość otoczono murami ze strzelnicami dostosowanymi do użycia broni palnej. Wiadomo, że od 1410 roku na jednym z dziedzińców ustawiony był kamienny pręgierz. Całość budowli wzniesiona została z kamienia. Po śmierci Bolka II wdowa po nim księżna Agnieszka oddała zamek w 1392 roku późniejszemu protoplaście potężnego śląskiego rodu Schaffgotsch– Gotsche Schoffowi, w którego to rodu rękach pozostał on do końca ostatniej wojny. W końcówce XIV wieku wybno kaplicę pod wezwaniem św. Jerzego i św. Barbary. Zamek nigdy nie posiadał studni, a wodę gromadzono w skalnych cysternach, najpierw na zamku górnym, potem kolejna znalazła się na terenie zamku dolnego.

Podczas wojen husyckich  Schaffgotschowie, mając oparcie w tej niedostępnej twierdzy, łupili podążających szlakiem handlowym kupców oraz okoliczną ludność.

Dnia 31 sierpnia 1675 od uderzenia pioruna wybuchł pożar, który strawił cały zamek. Schaffgotschowie przenieśli wówczas swą rodową siedzibę do Cieplic, a opuszczona warownia popadła w ruinę. W XIX wieku zamek stał się atrakcją turystyczną odwiedzaną przez kuracjuszy z Cieplic. W 1822 r. zorganizowano pod zamkiem punkt wynajmu przewodników i tragarzy. W ruinach zamku otwarto gospodę, w której prowadzono księgi pamiątkowe. W 1823 roku wybudowano schody na wieżę. W 1860 r. adaptowano północną basteję na schronisko turystyczne.

 W styczniu 1963 r. z powodu groźby zawalenia zamek zamknięto. Remont rozpoczął się jesienią tego samego roku. Formalnie zakończył się dopiero 10 lat później. Od 1991 r. na zamku odbywa się jeden z największych w Polsce turniejów kuszniczych -"O Złoty Bełt Zamku Chojnik". W 1993 roku zamek stał się siedzibą Bractwa Kuszniczego Zamku Chojnik które przejęło organizację turnieju, wtedy też wykonano metalowe schody na wieżę i zrekonstruowano ganek straży. W 2007 r. ustawiono granitowy pomnik upamiętniający wizytę w 1956 roku Karola Wojtyły z grupą studentów.

Zestaw szlaków prowadzących na zamek Chojnik :

 Czerwony Szlak na Zamek Chojnik z Sobieszowa: 50 min / Dystans: 1,9 km / Suma podejść: 254 m
 Czarny Szlak na Zamek Chojnik z Sobieszowa: 45 min/ Dystans: 1,6 km / Suma podejść: 247 m
Żółty Szlak na Zamek Chojnik z Zachełmia Podzamcza: 1h 15 min / Dystans: 2,8 km / Suma podejść: 264
 Czarny Szlak na Zamek Chojnik z Zachełmia: 50 min / Dystans: 2,1 km / Suma podejść: 156 m
Zielony Szlak na Zamek Chojnik z Przełęczy Ludomira Różyckiego: 45 min / dystans: 1,6 km / Przewyższenie: 108 m

 

20250422_145310.jpg

 

 

20250422_151211.jpg

 

 

CHOJ.jpg

 

 

jp ii.jpg

 

 

20250422_151655.jpg

 

 

Zamek.jpg

Zespół szpitalny św. Ducha na tzw. Nowym Mieście

                 Idąc przez most Piaskowy w stronę Hali Targowej przecinamy ulicę św. Ducha. Mało kto orientuje się skąd pochodzi nazwa tej krótkiej ulicy (140 m długości), biegnącej wzdłuż nadodrzańskiego bulwaru.

               We wczesnym średniowieczu istniało we Wrocławiu wiele placówek dobroczynnych. Jednym z najwcześniejszych przykładów takiego miejsca jest szpital św. Ducha ufundowany wraz z kościołem o tym samym wezwaniu w roku 1214 przez księcia Henryka Brodatego. Zespół ten był zlokalizowany na tzw. Nowym Mieście nieopodal Mostu Piaskowego na terenie między Oławą, a Odrzycą przy dzisiejszej Hali Targowej. Terytorium wzmiankowane w dokumencie fundacyjnym było w tamtym czasie wyspą. Świątynia została wybudowana w stylu romańskim przez opata konwentu NMP na Piasku, Witosława. Świątyni towarzyszył szpital dla ubogich, chorych i pielgrzymów. W Polsce istniała w tym czasie tylko jedna placówka tego typu i prowadzili ją w Poznaniu Joannici. W średniowieczu szpital był formą realizacji chrześcijańskiego miłosierdzia, a jego istnienie zapewniało zbawienie fundatorom i dobroczyńcom. Służył pomocą wszystkim potrzebującym wsparcia, zapewniał schronienie, pożywienie, dostęp do liturgii, opiekę w razie choroby oraz pogrzeb po śmierci.

             Niestety w roku 1241 podczas najazdu tatarskiego obydwie budowle zostały zniszczone. W tym samym XIII stuleciu Henryk III odbudował w stylu gotyckim kościół jak również szpital. Świątynia pełniła funkcję parafii dla Nowego Miasta. Na wszystkich przedstawieniach ikonograficznych zespół szpitalno-kościelny jest otoczony murowanym ogrodzeniem w którym znajduje się brama wjazdowa i furtka dla pieszych. Mur ten nie tylko zabezpieczał suwerenność terytorialną całego zespołu, lecz przede wszystkim, zgodnie z surowo przestrzeganym regulaminem ograniczał pensjonariuszom możliwość pokątnego zbierania jałmużny oraz ewentualne odwiedzenie karczmy. Każde oddalenie się z terenu szpitala było kontrolowane i mogło trwać nie dłużej niż dwie godziny.                                                

               Od momentu przeniesienia parafii do kościoła św. Bernarda (obecnie Muzeum Architektury) cały zespół św. Ducha zaczął chylić się ku ruinie. Ostatecznie w roku 1597cesarz Rudolf zatwierdził likwidację parafii św. Ducha, a Kościół i zabudowania szpitalne zostały rozebrane aż do fundamentów pod rozbudowę fortyfikacji miejskich. Do dzisiejszych czasów przetrwała tylko nazwa ulicy Świętego Ducha. Przez kolejne 300 lat nie było we Wrocławiu kościoła pod tym wezwaniem.

 

Na podstawie: Małgorzata Romanow, Jerzy Romanow " Szpital Ducha Swietego we Wroclawiu w swietle badan archeologicznych"

Zrzut ekranu 2025-12-10 163000.png

 

 

 

 

 

Świat na starej pocztówce, czyli J
 
O podwrocławskiej Żórawinie najczęściej pisze się w kontekście kościoła zwanego „perłą manieryzmu”, który wyglądem przypomina trochę kolorowe, polukrowane domki z piernika. Tym razem to jednak nie ta wyjątkowa świątynia, której cennego wyposażenia mogliby pozazdrościć parafianie okolicznych miejscowości czy nawet Wrocławianie, będzie główną bohaterką. Na podstawie starych pocztówek przyjrzymy się, jak wyglądała sto lat temu miejscowość położona nad Żurawką. Sprawdzimy, co obecnie mieści się w dawnej karczmie „Pod Niemieckim Domem”, czym handlowano w budynku, który do niedawna był posterunkiem policji, i po co wybudowano we wsi drugi kościół?
Dwa kościoły
Katolicka część mieszkańców przedwojennej Żórawiny (która nosiła wówczas nazwę Rothsürben, a od 1937 roku została przechrzczona na Rothbach) uczęszczała na niedzielne msze do kościoła położonego na wyspie pw. Świętej Trójcy. Ewangelicy zaś, aż do 1913 roku, na nabożeństwa musieli wychodzić z domów dużo wcześniej niż ich katoliccy sąsiedzi, bo najbliższa protestancka świątynia oddalona była o sześć kilometrów od Żórawiny. Znajdowała się w Wilczkowie (dziś po tym kościele nie ma nawet śladu) i dlatego zdarzało się, na przykład podczas śnieżnych zim, że nabożeństwa i chrzty odbywały się w miejscowych gospodach. Sytuacja zmieniła się, gdy w Żórawinie powołano do życia parafię protestancką i dzięki dużemu zaangażowaniu (również finansowemu) żórawińskich rzemieślników i pierwszego pastora, doktora Alfreda Wiesenhüttera, w zachodniej części wsi zbudowano cały kompleks: kościół, dużą plebanię i ewangelicką szkołę (na jej fundamentach powstał w ostatnich latach dom parafialny). Protestanci korzystali jednak ze swej świątyni niedługo. Po raz ostatni dzwony zabiły dla niemieckiej społeczności ewangelickiej w Żórawinie 13 czerwca 1946 roku, wtedy bowiem odbyło się ostatnie nabożeństwo. Już następnego dnia świątynia stała się kościołem katolickim, któremu patronuje św. Józef, opiekun rodzin, kobiet w stanie błogosławionym i ojców.
Najpierw dwór, potem pałac
Na wyspie obok kościoła dawni właściciele Żórawiny wybudowali dwór, który w XVII wieku, w czasie wojny trzydziestoletniej, został splądrowany i przestał pełnić rolę mieszkalną i reprezentacyjną. W XVIII wieku zamieniono go na browar, a po tym, jak w 1871 roku w ruinach budowli zginął małoletni syn dzierżawcy, to, co pozostało po dawnym dworze, rozebrano. Wtedy już we wsi stał pałac, prosta budowla na planie prostokąta o klasycystycznym wyglądzie. Zgodnie z testamentem ostatnich prywatnych właścicieli żórawińskich dóbr, małżeństwa von Röder, po ich śmierci majątek przeszedł na własność Pruskiej Kamery Królewskiej w Charlottenburgu. W budynku mieszkał zarządca fideikomisu królewskiego domu pruskiego, a w majątku o wielkości 613 hektarów uprawiano zboże i buraki oraz zajmowano się hodowlą bydła (w 1921 roku w oborach i stajniach znajdowało się 329 sztuk bydła, w tym 140 krów mlecznych oraz 39 koni). Pałac istnieje do dzisiaj (przy Alei Niepodległości), ale po powojennych „remontach” utracił swój klasycystyczny styl i dziś przypomina zwykły wielorodzinny budynek mieszkalny. Z tyłu pałacu znajduje się park, który właśnie przechodzi gruntowaną rewitalizację. Po większości należących do dawnego majątku zabudowań gospodarczych – m.in. spichlerzu i oborach – nie ma dziś prawie śladu. Zachowała się za to dawna kuźnia oraz stajnie, które zmieniły zupełnie swoją funkcję, i dziś w miejscu, gdzie trzymano konie, można zjeść pizzę lub kupić bukiet kwiatów.
Do gospody na obiad, a potem do kina
Nie tylko stajnie służą obecnie innym celom niż dawniej. Tam, gdzie można było nabyć świńską tuszę, kupić kiełbasę lub porcję mięsa na niedzielny obiad, dzisiaj można wypożyczyć książkowe nowości wydawnicze w gminnej bibliotece, a w sali restauracyjnej ze sceną taneczną dawnej gospody Pod Niemieckim Domem (al. Niepodległości 6) odbywają się imprezy organizowane przez Gminne Centrum Kultury. Oprócz największej wspomnianej gospody Zum Deutschen Hause na początku XX wieku w Żórawinie działały jeszcze inne karczmy, można było spotkać się, zjeść i napić się piwa choćby w Karczmie Pod Zielonym Wiankiem czy Pod Koroną. Dwa razy w tygodniu przy dawnej ul. Dorfstrasse 24 od lat 20. XX wieku do niemal końca wojny działało kino aż na 250 miejsc – to bardzo dużo, biorąc pod uwagę, że w 1937 roku Żórawina liczyła 1615 mieszkańców. Właścicielem ówczesnego Lichtspiele (czyli kina) był Wrocławianin, ale obsługiwali je mieszkający we wsi Ida i Otto Plunke.
Po co do miasta? Przecież wszystko tutaj mamy!
Żórawina na początku XX wieku była niemal samowystarczalna. W wiosce działało kilka sklepów z artykułami spożywczymi, piekarnia, masarnia, młyn, a w budynku, gdzie do niedawna znajdował się komisariat policji (al. Niepodległości 31), przed II wojną nieźle prosperował sklep kolonialny, w którym handlowano tytoniem, papierosami, artykułami żelaznymi, pasmanterią i wszystkim, co mogło się okazać w kuchni potrzebne wymagającym paniom domu, a więc na przykład dobrą kawą czy egzotycznymi przyprawami. W Żórawinie mieszkańcy mogli skorzystać z usług fryzjera, pacjentów przyjmował miejscowy lekarz, na cierpiących na ból zębów czekał dentysta, porody odbierała tutejsza akuszerka, a do niedającej mleka krowy mógł przyjść żórawiński weterynarz. Można też było kupić (nie jeżdżąc wcale do miasta) rower, bo Ernst Meissen prowadził we wsi firmę „Sprzedaż i naprawa rowerów”. Na miejscu handlowano węglem i materiałami budowlanymi, działał warsztat stolarsko-ciesielski, zakład blacharski i mała fabryczka mebli. Właścicielami tej ostatniej było małżeństwo Assig, które reklamowało się w lokalnej prasie jako „Kunst und Bautischlerei”, co oznaczało, że oprócz okien, schodów, balustrad i drzwi do prywatnych domów, szkół i gospód, produkowano tu bardziej „artystyczne” przedmioty z drewna, na przykład nastawy ołtarzowe, ławki kościelne i ambony. Interes musiał iść państwu Assig bardzo dobrze, bo niedaleko stacji kolejowej wybudowali dla siebie okazałą willę (wyróżniającą się wciąż dekoracyjnymi elementami drewnianymi). Dzisiaj mieszkańcy Żórawiny w dawnym domu właścicieli fabryczki załatwiają urzędowe sprawy, bo mieści się tu siedziba gminy.
Budynki przy ul. Kolejowej mogą zaskoczyć swoją wielkością i reprezentacyjnością, ale to tutaj, po tym, jak w 1871 roku uruchomiono kolejowe połączenie Wrocławia z Kłodzkiem i powstała stacja kolejowa, zaczęto stawiać obiekty użyteczności publicznej oraz okazałe wille, i tak na przykład pod nr 4 znajdował się budynek Cesarskiej Poczty. O tym, że mieszkano wygodnie i bogato, świadczą zachowane do dzisiaj w przedwojennych domach drewniane klatki schodowe z ozdobnymi balustradami, płytki podłogowe ułożone w geometryczne wzory, a także porządna stolarka okienna i drzwiowa.
Rekord świata
Na koniec wspomnieć chociaż trzeba o maszcie radiowym w Żórawinie, bo był to obiekt, który na większości pocztowych kart z lat 30. XX wieku umieszczano obowiązkowo. Chwalono się nim i stał się w pewnym sensie symbolem Żórawiny. Dzięki niemu nieduża miejscowość pod Wrocławiem mogła pobić światowy rekord, podpisy umieszczane na pocztówkach informowały bowiem, że mająca 140 metrów wysokości konstrukcja jest najwyższą drewnianą wieżą na świecie. Dziś zostawiamy jednak opowieść o historii masztu (który zastąpiono w latach 70. XX wieku jeszcze wyższym) na inną okazję, bo jest ona na tyle ciekawa, że warto jej poświęcić oddzielny tekst Wędrownika.
 
ZZZÓ.jpg
 
Żó.jpg
 
ZO.jpg
 
Tekst i zdjęcia: Marta Miniewicz, Stowarzyszenie TUiTAM
Znikający pałac – Mietków. O szlacheckiej siedzibie mlekiem i miodem płynącej
 
Początkowo stała tu kamienna obronna wieża mieszkalna o bardzo grubych murach, potem zbudowano pałac, który ubrano w gotycki kostium dzięki hrabiemu Pinto i… jego krowom, co wyjątkowo dużo mleka dawały. W czasie II wojny światowej zamieniono pałacowe salony na magazyny skarbów kultury i mieściła się tu jedna z tajnych skrytek konserwatora Grundmanna. Przez wiele powojennych lat obiekt stał się darmowym źródłem budulca, aż popadł w całkowitą ruinę. Władze gminy Mietków chciałyby, aby to opuszczone miejsce znów zaczęło tętnić życiem. Kilka tygodni temu usunięto samosiejki, oczyszczono dawną fosę i uporządkowano teren wokół dawnej szlacheckiej siedziby. A to dopiero początek planowanych zmian.
Mieszkać wygodniej
W swej pracy o pochodzeniu nazw miejscowości Dolnego Śląska niemiecki językoznawca-amator Heinrich Adamy nazwę Mietkowa wywodził od słowa „miód”, tłumacząc przedwojenną nazwę wsi Mettkau jako „Miodowa wieś” (Honigdorf). Po stu pięćdziesięciu latach jego wywody onomastyczne przyjmowane są przez naukowców z dużą dozą sceptycyzmu i językoznawcy przychylają się bardziej do wersji, że średniowieczna nazwa Metchow pochodzi raczej od zdrobnienia imienia Mieczysław, czyli od Mietka.
Pierwszy raz o Mietkowie wspomniano w dokumentach już w 1326 roku, kiedy to rycerz z rodu Seidlitz, o baśniowo dziś brzmiącym imieniu Temmelin, otrzymał od księcia Bolka dobra w Borzygniewie, Malinie i Mietkowie. Po Seidlitzach, którzy w swym herbie mieli trzy srebrne ryby, nastał ród Mettich, wywodzący swe nazwisko właśnie od Mietkowa. Być może to oni wznieśli z kamienia około połowy XVI wieku obronną wieżę mieszkalną otoczoną głęboką mokrą fosą (od południa nawet podwójną). Budowlę postawiono na planie kwadratu (6,5m x 6,5 m), miała trzy kondygnacje, gospodarcze przyziemie, a bezpieczne drugie piętro służyło celom mieszkalnym. W historii Mietkowa na dłużej pojawia się rodzina von Schindel (ich liczne epitafia i płyty nagrobne zobaczyć można po sąsiedzku, w kościele pw. św. Barbary w Borzygniewie), a w XVIII wieku ród von Glaubitz. Już wtedy po rozbudowie nieduża dawna siedziba rycerska zamieniła się w wygodny szlachecki pałac z ogrodem, z którego można było podziwiać Masyw Ślęży.
Dla krowy? Herbatka z kopru włoskiego
Gdy oglądamy dziś ruiny pałacu, wciąż możemy dostrzec elementy dekoracyjne (wieżyczki, ceglane schodki krenelażu) – stanowiące pamiątkę po jego neogotyckiej przebudowie w połowie XIX wieku. Właścicielem mietkowskich dóbr był wówczas hrabia Clemens Pinto. Hrabia odziedziczył majątek objęty sądowym sekwestrem, w dodatku w fatalnej sytuacji ekonomicznej. Przedsiębiorczy i mający głowę na karku arystokrata gospodarczym okiem ocenił stan dóbr i wkrótce wyciągnął je z długów. Po zmianach, jakie wprowadził, niezbyt opłacalna do tej pory hodowla krów mlecznych stała się wzorcową na tyle, że krowa z hodowli rasy Black Tette na międzynarodowej wystawie w Hamburgu nie miała żadnej konkurencji, jeśli chodzi o ilości dawanego codziennie mleka. Hrabia Pinto, który nie bez przyczyny został przewodniczącym Towarzystwa Agronomicznego we Wrocławiu, zdradził część tajemnic swojej hodowli. Otóż oprócz dobrego i systematycznego (jak w zegarku) karmienia krów zalecał, aby cielętom dodawać do mleka gotowane siemię lniane i zawieszać kredę do wylizywania. Radził, żeby krowom zaraz po porodzie zostawić młode, które posypywano mąką, do dokładnego wylizania i poić matki herbatą z kopru włoskiego (nie był to ich ulubiony napój, więc herbatkę podawano krowom w butelce). Efekty zaskakiwały.
Dobrze ogrzana pałacowa skrytka
Konserwator zabytków Prowincji Dolnośląskiej Günter Grundmann, aby uchronić przed zniszczeniem najcenniejsze dobra kultury, znalazł i opracował listę kilkudziesięciu skrytek, w których skarby sztuki miały bezpiecznie przetrwać czasy II wojny światowej. Na początku 1943 roku zarządca dóbr Fritz Assig zaoferował na wniosek właścicieli pałacu w Mietkowie w ankiecie, którą przesłał do urzędu konserwatorskiego we Wrocławiu, aż dziesięć (z siedemnastu) pałacowych pokoi na ewentualną składnicę. Już w kwietniu Grundmann z oferty skorzystał, bo Mietków leżał blisko Wrocławia i łatwo można było dojechać tu pociągiem, a zbiory, które chciano tu przechować, miały być przez cały czas użytkowane. Co konserwator potrzebował mieć w zasięgu ręki podczas wojny? Jak sam informował, w pałacu „zmagazynowane jest całe archiwum Urzędu Konserwatora Zabytków Prowincji Dolnego Śląska, archiwum Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych, część biblioteki i cały zbiór dokumentacji fotograficznej Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego, meble i ważne akta zarządu prowincji, materiał naukowy wielu wrocławskich nauczycieli akademickich oraz archiwum Śląskiego Stowarzyszenia Szlachty”*. Z czasem przewieziono tu również prywatne zbiory wrocławskich kolekcjonerów, między innymi manuskrypty, dzieła sztuki, zbiory fotograficzne i skrzynie ze zbiorami ikonograficznymi z pałacu w Borowej. Właściciele Mietkowa być może zgłosili chęć udostępnienia pałacowych pomieszczeń na składnicę, ponieważ dawało to pewność, że nie zostaną im dokwaterowane osoby z Rzeszy, które straciły dach nad głową podczas nalotów. Ze względu na charakter zbiorów i konieczność ogrzewania wszystkich pomieszczeń dodatkową korzyścią okazał się z pewnością przydział talonów na opał.
Podaj cegłę
Swoją ucieczkę z okrążanego przez Rosjan Wrocławia Grundmann w lutym 1945 roku rozpoczął od wizyty w Mietkowie, skąd zabrał między innymi najważniejszą dokumentację konserwatorską. Musiał się spieszyć, bo już w nocy z 18 na 19 lutego 1945 roku rozpoczął się krwawy bój o Mietków. Grundmann nie zdążył zabrać wszystkiego z pałacowej skrytki, a gdy w sierpniu 1945 roku do pałacu przyjechała polska ekipa rewindykacyjna, zastała składnicę w dużym stopniu ograbioną. Pałac po wojnie przejęło Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej (od 1991 jest własnością Gminy Mietków), przez jeden rok szkolny, gdy remontowano podstawówkę, w pałacowych salonach uczyły się dzieci. Pałac ulegał dewastacji, choć jeszcze pod koniec lat 60. dwie izby zajmowano na cele mieszkalne. Opuszczony, pomału rozbierany i dewastowany zamienił się w ruinę. Jak szybko proces ten następował, może świadczyć fakt, że w 1958 roku stwierdzono, że jest tylko częściowo zdewastowany, w 1966 roku poważnie uszkodzony, w latach 80. uznano go za ruinę, ale w 1991 roku oceniono, że mury zachowały się w 60%.
Epilog (optymistyczny)
Gmina Mietków oczyściła teren wokół pałacu. Odsłoniły się nie tylko mury, ale całe dawne obronne założenie, z podwójną fosą, groblami obsadzonymi drzewami i dawnym parkiem krajobrazowym, który rozciągał się po południowej stronie pałacu. Planuje się w niedalekiej przyszłości zabezpieczenie ruin, nowe nasadzenia, postawienie ławek przy parkowych alejkach i historycznych tablic informacyjnych.
Tekst: Marta Miniewicz
 
 
M.jpg   
 
 
 Mtk.jpg
 
 
 
mp.jpg
 
 
 
9.jpg
„Świeże powietrze i serwatka”, czyli o pobycie Fryderyka Chopina na Dolnym Śląsku
 
W 2026 roku minie dwieście lat, odkąd szesnastoletni Fryderyk Chopin przyjechał na Dolny Śląsk, by podkurować swoje wątłe zdrowie. Chopin cierpiał na postępującą gruźlicę płuc (zmarł rok przed czterdziestymi urodzinami w wyniku gruźliczego zapalenia osierdzia i niewydolności krążeniowo-oddechowej). W tamtych czasach nie istniały jeszcze skuteczne metody leczenia tej choroby. Lekarze przepisywali medykamenty, spacery, dietę i dużo odpoczynku.
Gdy Fryderyk ukończył ostatnią klasę warszawskiego liceum, matka postanowiła zabrać go „do wód”. Pobyt w dolnośląskich uzdrowiskach gorąco polecił rodzinie nauczyciel Chopina, Józef Elsner, oraz Fryderyk Adolf Roemer, który obok Jana Malcza był jednym z lekarzy czuwających nad zdrowiem młodego Fryderyka. I tak pod koniec lipca 1826 roku Chopin wyruszył wraz z matką w podróż na Dolny Śląsk. W Dusznikach-Zdroju (wówczas Reinerz) przebywała już jego matka chrzestna, hrabina Ludwika Skarbkowa, wraz z najmłodszą siostrą Chopina, Emilią, która również chorowała na gruźlicę (zmarła rok później), a kilkanaście kilometrów dalej, w Kudowie-Zdroju (wówczas Bad Kudowa), odpoczywał syn matki chrzestnej wraz z rodziną i najstarszą siostrą Chopina, Ludwiką. Droga Fryderyka do Dusznik prowadziła przez Wrocław. Zatrzymał się w stolicy Dolnego Śląska, ponieważ jego nauczyciel Elsner poprosił go o przekazanie kilku listów swoim przyjaciołom. Część prośby Chopin spełnił od razu, a drugą część w drodze powrotnej z uzdrowiska. Wracając z Dusznik, młody pianista spotkał się z muzykiem kościelnym i organistą w kościele św. Elżbiety – Friedrichem Wilhelmem Bernerem – oraz kapelmistrzem i kompozytorem Josephem Ignazem Schnabelem w katedrze we Wrocławiu. Można przypuszczać, że zaprezentował wówczas swoje umiejętności przyjaciołom Elsnera, gdyż po kolejnej wizycie w 1830 roku napisał: „Schnabel, co mię od czterech lat nie słyszał, prosił, ażebym spróbował fortepian”. Nie wiadomo, czy udało się Fryderykowi zwiedzić jeszcze coś poza tymi dwoma kościołami.
„Znów muzyka paskudzi”
Najważniejszym punktem programu tego pobytu była kuracja w Dusznikach-Zdroju. Chopin przebywał tutaj od 3 sierpnia do 8 września 1826 roku. Pensjonat, w którym mieszkał – tzw. Dom Bürgla (Grosses Bürgelhaus), późniejszy ośrodek Funduszu Wczasów Pracowniczych „Nokturn” przy ulicy Zielonej 6 – niestety nie zachował się do naszych czasów (został rozebrany w 2018 roku). Bodźcujący klimat, lecznicze wody mineralne, a przede wszystkim innowacyjne metody leczenia doktora Georga Philippa Mogalli polegające na podawaniu pacjentom żentycy – mieszanki wody zdrojowej z ciepłego źródła leczniczego z serwatką z mleka owczego, oślego lub koziego, do której dodawano zioła mięty – miały postawić chorowitego młodzieńca na nogi i dodać mu nowych sił. Do tego zalecano mu liczne spacery i odpoczynek.
„Dwa tygodnie już piję serwatkę i wody tutejsze; i niby, jak mówią, mam trochę lepiej wyglądać, mam niby tyć, a tym samym lenieć, czemu może przypiszesz tak długi spoczynek pióra mojego; lecz wierz mi, skoro się dowiesz o moim sposobie życia, przyznasz, iż trudno znaleźć chwilę do siedzenia w domu”, pisał Chopin do swojego przyjaciela Wilhelma Kolberga z Reinertz (Dusznik) 18 sierpnia 1826 roku.
Młody kompozytor codziennie kilkakrotnie odwiedzał źródło, spacerował po uzdrowisku i wędrował po najbliższej okolicy. Był też na górze Einsiedelei, zwanej Wzgórzem Rozalii, ponieważ w liście wspominał o „wielu schodach prowadzących na górę” i „przepysznym widoku na całe Reinertz”. Na inne wędrówki górskie nie mógł sobie pozwolić: „Chodzę ja wprawdzie po górach, którymi Reinertz otoczone, często zachwycony widokiem tutejszych dolin, z niechęcią złażę, czasem na czworakach, alem jeszcze nie był tam, gdzie wszyscy jadą, bo mi zakazano. Jest tu w bliskości Reinertz góra ze skałami zwana Heu-scheuer, miejsce, z którego widoki zachwycające, ale dla niezdrowego powietrza na samym wierzchołku nie wszystkim dostępna, a ja jestem jednym z tych pacjentów, na nieszczęście, którym tam nie wolno”, pisał w liście do przyjaciela Wilhelma Kolberga. Największym wyzwaniem dla Chopina nie były jednakże wędrówki i intensywne życie kuracjusza, a „kiepska muzyka dęta”, której musiał słuchać każdego dnia w parku zdrojowym: „Rano, najpóźniej o godzinie 6, już wszyscy chorzy przy zrzrodle; tu dopiero kiepska dęta muzyka – z kilkunastu karykatur w rozmaitym guście złożona, na czele których fagocista, chudy, z osiodłanym, zatabaczonym nosem, przestrasza wszystkie damy, co się koni boją, przygrywa wolno spacerującym Kur-gästom; tu dopiero gatunek reduty, a raczej maskarady, bo nie wszyscy w maskach, tych jednakże mała jest liczba, albowiem składa się tylko z tych, co dla kompanii dali się powiesić. (…) Po obiedzie zazwyczaj jeszcze większa maskarada niż rano, bo każdy wystrojony, każdy w innym niż rano pokazuje się kostiumie! Znów muzyka paskudzi, a tak chodzi się już do samego wieczora. Jak ja, ponieważ tylko dwie szklanki Lau-brun piję po obiedzie, więc wczas idę do domu na kolacją, po kolacji spać, więc kiedyż list pisać?…”, usprawiedliwiał swoje dłuższe milczenie Chopin.
„Papier, na którym Ci piszę, jest z Reinertz”
W Dusznikach-Zdroju znajduje się wyjątkowy XVI-wieczny młyn papierniczy (obecnie jedyne w Polsce Muzeum Papiernictwa), który został zbudowany, według najnowszych badań, już przed 1562 rokiem. W swojej historii należał do trzech rodzin: rodziny Kretschmerów (do 1706 roku), która otrzymała przywilej dostarczania papieru wszystkim władzom wrocławskim, rodziny Hellerów (do 1822 roku), oficjalnych dostawców papieru dla dworu pruskiego, oraz rodziny Wiehrów, zarządzającej młynem do 1939 roku. Ostatni właściciel przekazał młyn miastu z życzeniem utworzenia w nim muzeum – zostało ono spełnione w 1968 roku. Obecnie trwają starania, żeby młyn został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Prawdopodobnie Chopin zwiedził to miejsce, a w jednym z listów pisanych do przyjaciela, Jana Białobłockiego, już po powrocie do Warszawy, zaznaczył: „Papier, na którym Ci piszę, jest z Reinertz”.
Koncerty charytatywne Chopina
W czasie pobytu w uzdrowisku Fryderyk Chopin dał dwa nieplanowane wcześniej koncerty charytatywne w teatrze zdrojowym (dziś zwanym Dworkiem Chopina), tym samym, w którym trzy lata wcześniej wystąpił czternastoletni Felix Mendelssohn-Bartholdy. Najprawdopodobniej okazją do ich zorganizowania była śmierć mistrza sukienniczego, mieszkańca Dusznik, który pozostawił czworo osieroconych dzieci. Chopin dołączył do cyklu imprez charytatywnych, grając dwa koncerty. Nie było to dla niego łatwe zadanie ze względu na, jak pisał, brak dobrego instrumentu: „instrumenty, które widziałem, sprawiają mi więcej przykrości niż przyjemności”. Mimo wszystko artysta dał się usłyszeć w teatrze zdrojowym, a dochód przekazał na rzecz osieroconej rodziny. Na pamiątkę tych wydarzeń w pierwszej połowie sierpnia odbywa się Międzynarodowy Festiwal Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, a także prowadzone są kursy mistrzowskie dla młodych pianistów. Jest to najstarszy nieprzerwanie organizowany festiwal pianistyczny poświęcony Chopinowi na świecie, a także najstarszy festiwal muzyczny w Polsce. Co roku zbierają się tu światowej sławy artyści i miłośnicy jego muzyki. Pierwszy festiwal odbył się w 1946 roku, w 120. rocznicę pobytu kompozytora w uzdrowisku i jego koncertów. Ponadto jedno z lokalnych źródeł nosi obecnie nazwę „Pieniawa Chopina”, znajduje się tu pomnik pianisty, tablica pamiątkowa oraz fontanna multimedialna z muzyką Chopina.
„Grać, ale nie komponować”
We Wrocławiu można również znaleźć kilka śladów Chopina. Jego druga wizyta miała miejsce w 1829 roku i również trwała krótko. Fryderyk zatrzymał się tu w drodze powrotnej z Wiednia, dokąd udał się wraz z przyjaciółmi, Alfonsem Brandtem i Ignacym Maciejowskim. Niewiele wiadomo o tym pobycie. Wiadomo za to na pewno, że młodzi ludzie nocowali w gospodzie „Rautenkranz” (Ruciany Wianek) przy ulicy Ohlauerstrasse (dzisiejszej Oławskiej). Dlatego w 2010 roku, z okazji 200. rocznicy urodzin Chopina, odsłonięto tam niewielki pomnik. Dopiero w listopadzie 1830 roku Chopin zatrzymał się w stolicy Dolnego Śląska na dłużej. Wraz z przyjacielem Tytusem Woyciechowskim mieszkał w pobliżu Rynku, w gospodzie „Zur Goldenen Gans” („Złota gęś”) przy ulicy Junkernstraße (na rogu ulic Szewskiej i ul. Ofiar Oświęcimskich). Obiekt został zniszczony w 1945 roku i w latach 50. XX wieku rozebrany. Z listów dowiadujemy się, że gospoda miała czyste pokoje i dobre jedzenie. W dniu przyjazdu, 6 listopada 1830 roku, przyjaciele udali się wieczorem do teatru „Kalte Asche” („Zimny popiół”) – poprzednika Teatru Miejskiego – który znajdował się na rogu ulic Teichstraße i Ohlauerstraße (Piotra Skargi i Oławskiej). Tam obejrzeli sztukę popularnego wówczas austriackiego poety Ferdinanda Raimunda – „Der Alpenkönig” („Król Alpejski”). Następnego dnia Chopin ponownie odwiedził kapelmistrza katedralnego Josepha Ignaza Schnabla. Schnabel był tak zadowolony z wizyty, że zaprosił gościa na próbę koncertową następnego wieczoru w dużej Sali Redutowej „Hotelu Polskiego” („Hotel de Pologne” przy ul. Biskupiej – obiekt nie istnieje). Tak Chopin opisywał te wydarzenia:„Zastałem tam nielicznie, jak zwykle, zebraną na próbę orkiestrę, fortepian i jakiegoś referendariusza [początkującego prawnika], amatora, nazwiskiem Hellwig, gotującego się do odegrania pierwszego Es-dur Koncertu Moschelesa. Nim on zasiadł do instrumentu, Schnabel, co mię od czterech lat nie słyszał, prosił, ażebym spróbował fortepian. Trudno było odmówić, siadłem i zagrałem kilka wariacji. Schnabel się niezmiernie ucieszył, pan Hellwig stchórzył, inni zaczęli mnie prosić, ażebym wieczorem dał się słyszeć. Szczególnie Schnabel tak szczerze nalegał, że nie śmiałem staremu odmówić. Jest to wielki przyjaciel pana Elsnera; alem mu powiedział, że uczynię to tylko dla niego, bo anim grał przez parę tygodni, ani się myślę w Wrocławiu popisywać. Stary mi na to, że wie o tym wszystkim i że chciał mnię już wczoraj, widząc w kościele, o to poprosić, ale nie śmiał. Pojechałem tedy z jego synem po nuty i zagrałem im Romans i Rondo z II Koncertu. Na próbie dziwili się Niemcy mojej grze: »Was für ein leichtes Spiel hat er« [jakie on ma lekkie uderzenie], mówili, a o kompozycji nic. Nawet Tytus słyszał, jak jeden mówił: »że grać mogę, ale nie komponować«”.
Oprócz II i III części „Koncertu e-moll” Chopin improwizował na tematy z oper. Grę młodego wirtuoza podziwiano, jednak jego kompozycja wzbudziła zamieszanie, ponieważ wrocławscy słuchacze byli wychowani głównie na dziełach klasycznych: „(…) ale prócz Schnabla, na którym widać było prawdziwą radość, który mnie co chwila brał pod brodę i głaskał, żaden z Niemców nie wiedział, co robić. Tytus miał uciechę, patrząc na nich. Ponieważ ja jeszcze nie miałem ustalonej reputacji, więc dziwiono się i bano dziwić; nie wiedzieli, czy kompozycja dobra, czy też im się tak tylko stale wydaje. Jeden z tutejszych znawców przybliżył się do mnie i chwalił nowość formy, mówiąc, że mu się nic jeszcze w tej formie nie zdarzyło słyszeć, nie wiem, kto to był, ale ten mię może najlepiej zrozumiał”.
„Nie chcieliśmy wyjeżdżać z Wrocławia
Podczas pobytu młodzieńcy zwiedzili Wrocław. Nie ma dokładnych przekazów, ale pewne jest, że zostali przewiezieni przez miasto bryczką i oprowadzeni. Przewodnikiem po mieście był przypadkowo poznany kupiec o nazwisku Scharff. Związana jest z nim szczególnie zabawna historia, którą Chopin opisał w liście do rodziny. Aby umilić gościom zwiedzanie miasta, przewodnik zaprosił ich na koncert i załatwił dwa bilety. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy wyszło na jaw, że jeden z jego klientów okazał się główną atrakcją wieczoru muzycznego. Wrażenia z pobytu we Wrocławiu były bardzo pozytywne, ponieważ z Drezna Fryderyk napisał: „Nie chcieliśmy wyjeżdżać z Wrocławia”. Następnie udali się do Paryża. Potem mieli wrócić do Warszawy, ale nie było to już możliwe: wybuchło powstanie listopadowe. Chopin nigdy nie powrócił do ojczyzny, przynajmniej nie fizycznie.
Chopin w zamku Roztoka
Chopin jeszcze raz zawitał na Dolnym Śląsku, ale tym razem… w filmie. W październiku 2025 roku na ekrany kin wszedł „Chopin, Chopin!” w reżyserii Michała Kwiecińskiego. Miłośników Dolnego Śląska ucieszy fakt, iż w filmie przedstawiającym życie Chopina od 1835 roku do momentu jego śmierci znalazły się liczne plenery z naszego regionu, między innymi Teatr Zdrojowy im. Henryka Wieniawskiego oraz Hala Spacerowa w Szczawnie-Zdroju, zamek Bolków, kościół pocysterski w Lubiążu, poaugustiański zespół klasztorny w Żaganiu czy też Wrocław (w atelier Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu powstało drugie paryskie mieszkanie Chopina). Jednym z największych plenerów stał się jednak zamek w Roztoce, należący do 1945 roku do Hochbergów (właścicieli zamku Książ). Tutaj zaaranżowano pierwsze paryskie mieszkanie Chopina (kiedy Chopin z okna spogląda na Paryż, jest to wewnętrzny dziedziniec zamku Roztoka). W salonie muzycznym hrabiego Bolka von Hochberga (Hansa Heinricha XIV Bolka) zaaranżowano mieszkanie Wodzińskich i spotkanie Chopina z późniejszą narzeczoną – malarką i pianistką – Marią Wodzińską, a w holu wejściowym zamku powstał gabinet termoterapii, w którym do specjalnego pieca wkładano chorych na „trzy zdrowaśki”. Piec ten i napisy scenograficzne można do dzisiaj obejrzeć podczas zwiedzania obiektu. Właściciele zamku i założyciele fundacji „Zamek Roztoka – Ocalić od zapomnienia”, Małgorzata i Arkadiusz Śnieżkowie, zadbali, aby w filmowym mieszkaniu Chopina można było nadal poczuć jego ducha. Wnetrza zostały urządzone w stylu drugiej połowy XIX wieku. Stoi tam również zabytkowy fortepian – można odnieść wrażenie, że Fryderyk Chopin tylko na chwilę od niego odszedł…
Tekst i zdjęcia: Małgorzata Urlich-Kornacka
 
Cho.jpg      
 
 
Dworek.jpg
 
 
Płyta.jpg

Kontakt

tel.: 511 087 085
e-mail: info@infocentrum.wroclaw.pl
www.infocentrum.wroclaw.pl
  InfoCentrum
na Ostrowie Tumskim
pl. Katedralny 1
50-329 Wrocław

Godziny otwarcia

 UWAGA! W styczniu i lutym InfoCentrum jest NIECZYNNE

miesiące  pon.-piątek sobota niedziela 
marzec  9:00-16:00 9:00-15:00 14:00-16:00 
kwiecień 9:00-17:00 9:00-15:00 14:00-16:00
maj-wrzesień  9:00-17:00 9:00-16:00 14:00-17:30
paźdz.-grudz. 9:00-16:00 9:00-15:00 14:00-16:00

 

Projekt jest współfinansowany ze środków gminy Wrocław

logowrocław

 https://www.wroclaw.pl/

Odwiedziny

3133871
Dzisiaj
Wczoraj
Ten miesiąc
Ubiegły miesiąc
Od początku
765
1089
46018
58868
3133871

2026-07-25 15:28


logo