Historia Wilka z Domanic, czyli Francuz na Śląsku
Baron Ludwig Lopez de Montdeverques przybył na Dolny Śląsk w czasie wojny trzydziestoletniej jako żołnierz armii austriackiej. Zaciągnął się do wojska w 1626 roku w wieku szesnastu lat i walczył tam, gdzie go przełożeni wysłali i los rzucił. W ten sposób ród, mający swe korzenie w Hiszpanii, ale żyjący we Francji, w hrabstwie Awinion, noszący na herbowej tarczy wilka, na chwilę zapisał się na kartach historii naszego regionu.
Nie taki wilk zły
W herbie Montdeverquesów widać mury zamkowe i trzy wieże zwieńczone blankami. Przez otwartą bramę zamku wybiega wilk, trzymający w pysku długi zwitek papieru z napisem, z którego odczytać można tylko pierwsze słowo „salutem”. Tę niecodzienną scenę tłumaczy legenda.
W okolicznych lasach sąsiadujących ze starym zamkiem Montdeverquesów urządzono polowanie na wilki. Gonione przez myśliwych zwierzę, wbiegło do warowni, szukając schronienia. W tym samym czasie senior rodu de Montdeverques przeglądał w swej komnacie ważne papiery i listy. Na widok groźnego zwierza przerażony mężczyzna wrzasnął, a nie mniej wystraszony wilk w popłochu chwycił w pysk rulon papieru ze stołu i zaczął uciekać. Na krzyki Montdeverquesa zbiegli się wszyscy, którzy przebywali wówczas w zamku i razem z seniorem rodu, młodzi i starzy, krewni i służba rzucili się w pogoń za wilkiem. Gdy tylko wybiegli poza zamkowe mury, usłyszeli straszliwy rumor i w tej samej chwili budowla runęła.
Dzięki wilkowi mieszkańcy zamku uszli z życiem. Nic więc dziwnego, że zwierzę to postanowiono umieścić na tarczy i w klejnocie herbu. Wypadałoby wyjaśnić jeszcze, co zapisano na kartce, z którą wilk wybiegł z zamku. Była to dewiza herbowa Montdeverquesów: „Salutem ex inimicis nostris”, co w tłumaczeniu oznacza „Wybawienie od wrogów naszych".
Staje się też jasne drugie imię Ludwiga Montdeverquesa – Lopez, w języku hiszpańskim słowo „lupus” oznacza właśnie wilka.
„Wilcze” plemię
Ludwig Lopez de Montdeverques był człowiekiem ambitnym, co sprawiło, że szybko piął się po szczeblach kariery. Już w 1640 roku otrzymał stopień pułkownika i objął funkcję komendanta twierdzy w Legnicy. Stanowisko to pełnił ponad dziesięć lat. Podczas wojny trzydziestoletniej ufortyfikował miasto i obronił przed wojskami szwedzkimi, a po zakończeniu działań wojennych nadzorował jego odbudowę. W Legnicy nie tylko awansował, ale na wojskowym żołdzie, kontrybucjach i łapówkach dorobił się sporego majątku.
Pułkownik z Francji, dobrze usytuowany i z perspektywą kolejnych awansów, zapewne zwracał uwagę niejednej panny na wydaniu. W dodatku był mężczyzną przystojnym, o południowej urodzie, z opadającymi luźno na ramiona długimi czarnymi włosami, małą hiszpańską bródką i wąskich, ołówkowych wąsach oraz powłóczystym spojrzeniu (tak został przedstawiony na portrecie wykonanym w tym okresie). Wybranką Montdeverquesa okazała się Anna Helena ze starego śląskiego rodu von Seidlitz, a uczucie do pięknej Anny oraz jej dobre pochodzenie (i zapewne też niemały posag) były silniejsze niż obawa przed bardzo prawdopodobnym niezadowoleniem zwierzchników. Młoda małżonka i jej rodzina byli bowiem protestantami, a Luis walczył przecież po stronie katolickiej Austrii. Co więcej, napięcia religijne podczas trwającej trzydzieści lat wojny przybierały na sile, a pod jej koniec objawiały się już prawdziwą wrogością.
Dla siebie i przyszłej rodziny Montdeverques zakupił w 1650 roku dobra w Pożarzysku i Mrowinach oraz w Domanicach, gdzie znajdowała się zniszczona w czasie wojny okazała budowla obronna położona na skalnym cyplu nad rzeką Bystrzycą. Był to szczęśliwy okres w życiu szlachcica, któremu przyszło żyć z dala od rodzinnego domu. Robił karierę w armii, znów awansował, od 1650 roku był komendantem twierdzy w Głogowie i mając zaledwie czterdzieści lat, został generałem brygady. Rok później przyszło na świat jego pierwsze dziecko, córka, której nadano imiona Johanna Maria. Być może miłość do żony sprawiła, że w stosunku do protestantów wykazywał większą wyrozumiałość niż większość jego środowiska, a nawet brał luteran w obronę. Gdy w imieniu cesarza w 1652 roku uczestniczył w komisji, która miała wytyczyć plac pod przyszły Kościół Pokoju w Świdnicy i przy wymierzaniu gruntu próbowano uszczuplić działkę, rzucił laską o ziemię, mówiąc słowa, które przeszły do historii protestanckiej parafii: „To jest tylko ziemia! Należy jej raczej trochę dodać, niż ująć...”. Ponoć dodał jeszcze: „... na miejsce grobu mojej drogiej żony”. Oczywiście wśród zgromadzonych protestanckich mieszkańców Świdnicy wypowiedź barona przyjęta została z dużym uznaniem i zadowoleniem. Niestety słowa wypowiedziane w Świdnicy przez Luisa stały się prorocze. Niedługo potem, w 1654 roku, zmarła jego ukochana żona Anna Helena. Baron de Montdeverques długo nosił żałobę po jej śmierci, dopiero po około dziesięciu latach ożenił się po raz drugi. Jego małżonką została Sophia z domu Nostitz. Stanowiła znakomitą partię, była córką starosty świdnicko-jaworskiego Ottona von Nostitz, człowieka o znaczącej pozycji, znanego ze swego nieprzejednanego stosunku do luteran, kolekcjonera i miłośnika książek, który zgromadził imponujący zbiór cennych manuskryptów, między innymi rękopis „O obrotach sfer niebieskich” Mikołaja Kopernika (to samo dzieło, które znajduje się dzisiaj w zbiorach Collegium Maius w Krakowie). Z drugiego małżeństwa de Montdeverques miał dwie córki, które prawdopodobnie przyszły na świat w zamku w Domanicach. Starsza córka, Josepha, wybrała życie zakonne, wstąpiła do wrocławskich urszulanek, została ich kronikarką i wybitną opatką, młodsza, Sophia Franciska, wyszła za mąż za barona von Nobis.
„Imię pana zamku domanickiego będzie po wsze czasy niezapomniane”
O to, żebyśmy po ponad trzech wiekach pamiętali o Montdeverquesie i jego rodzinie oraz wiedzieli, jak wyglądali, zadbał za życia sam baron, właściciel Domanic. W 1654 roku domanicka świątynia przejęta została ponownie przez katolików, a właściciel wioski był jej kolatorem. Odbudował średniowieczny kościół po zniszczeniach wojennych i pożarze oraz go wyposażył. Zmienił dawne wezwanie kościoła, patronką mianując św. Annę, imienniczkę jego zmarłej, pierwszej żony. Co więcej, zamawiając obraz do ołtarza głównego ze sceną przedstawiającą św. Annę uczącą Marię czytać, kazał uwiecznić na nim swoje dwie żony i córki. Nie mamy wątpliwości, kto jest kim, bo przy Annie znajduje się herb z trzema karpiami, czyli godło rodu Seidlitzów, przy drugiej żonie, Sophii, zobaczymy herb rodowy Nostitzów. Zamówił też dwa dzwony, które miały przywoływać wiernych na modlitwę, jeden, większy, nosił imię Anna, ten mniejszy – Sophia. Ale to nie wszystko. Zapobiegliwość Montdeverquesa może zadziwiać. Baron zatroszczył się o to, by sprawdziły się słowa świdnickiego kronikarza Naso, który w pochwalnym peanie napisał: „Imię pana zamku domanickiego będzie po wsze czasy niezapomniane”. Zamówił więc dla siebie epitafium, które umieszczono w kościelnej kruchcie, i swój portret, który powieszono nad płytą. Jest na nim przedstawiony jako mężczyzna w sile wieku, ubrany w kirys, w ręce trzyma regiment. Ale to nie wszystko. W testamencie zadbał o posag córki z pierwszego małżeństwa, ale nie zapomniał też o sobie, zabezpieczył sporą sumę na msze w swojej intencji oraz przeznaczył fundusze na oliwę do lamp oświetlających kościelne ołtarze. W wybudowanej w kościele krypcie grobowej, gdzie spoczęła pierwsza żona, w namalowanej na ścianie scenie Sądu Ostatecznego, znajome rysy rozpoznamy u osoby znajdującej się po stronie zbawionych. Czyżby postać ta to sam baron de Montdeverques!?
Czas na epilog
Właściciel Domanic zmarł w Głogowie 22 lutego 1669 roku, w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat, nie pozostawiając męskiego potomka. Pochowany został w podziemiach kościoła franciszkanów pw. św. Stanisława w Głogowie. Miejsce pochówku związane było to najprawdopodobniej z jego przynależnością do Bractwa Dobrej Śmierci działającego przy klasztorze. Po sekularyzacji dóbr klasztornych w 1810 roku płytę nagrobną barona przewieziono do Wrocławia i stała się ona własnością Muzeum Rzemiosła Artystycznego i Starożytności we Wrocławiu. Dzisiaj jako depozyt Muzeum Narodowego znajduje się w kościele Marii Magdaleny we Wrocławiu, w kaplicy przy nawie północnej świątyni. Ponieważ kaplica jest niedostępna i brakuje jakiejkolwiek informacji o tym, co się w niej znajduje, wiedzę o tym, kto przedstawiony jest na kamiennej płycie, jakie pełnił funkcje, jakie miał zasługi i kiedy umarł, posiadają nieliczni.
Tłumaczenia inskrypcji z epitafium i płyty nagrobnej za: Małgorzata Stankiewicz „Mecenat artystyczny Ludwiga de Lopisa (Lopeza) de Montdeverques z Domanic w powiecie wrocławskim”
Tekst i zdjęcia: Marta Miniewicz
Tekst powstał w ramach zadania "Opowieści ukryte w herbach" współfinansowanego przez Powiat Wrocławski












