Gdzie Rzym, a gdzie Sośnica?
Opowieści ukryte w herbach
Jest takie miejsce niedaleko Wrocławia, którego osoby szukające architektonicznych perełek i lubiące odkrywać fascynującą, często mało znaną lokalną historię nie powinny ominąć. W Sośnicy, niedużej wsi w gminie Kąty Wrocławskie, oddalonej zaledwie dwadzieścia kilometrów od wrocławskiego Rynku, ale aż 1600 kilometrów od Rzymu, znajduje się prawdziwy skarb – barokowa kaplica z repliką rzymskich Świętych Schodów. Jej fundatorka Josephina Würtz und Burg po wizycie w Wiecznym Mieście postanowiła w majątku swojego krewnego, sprawującego patronat nad sośnickim kościołem, wybudować kaplicę Świętych Schodów. Tych samych, po których według tradycji stąpał Chrystus, idąc na sąd do Piłata, i cudownie odnalezionych kilka wieków później przez cesarzową Helenę w Jerozolimie.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni
Kim była fundatorka kaplicy? Pochodziła z rodziny Osterbergów, której nazwisko znane jest na Dolnym Śląsku z realizacji ambitnych planów stworzenia w Wambierzycach „śląskiej Jerozolimy”. Kaplice kalwaryjskie i bazylikę wambierzycką ufundował dziadek Josephiny – Daniel Paschazjusz von Osterberg. Jego najstarszy syn Jan Antoni, który odziedziczył po ojcu Ratno Dolne i Wambierzyce – oraz spore długi – ożenił się z panną szlachetnie urodzoną z Kątów Wrocławskich, bogatą baronówną von Eichholz, która wraz z siostrą zgodnie z testamentem stała się właścicielką sośnickich dóbr. Z tego związku w 1720 roku przyszła na świat dziewczynka, której na chrzcie dano imiona Józefa Antonina Teresa. Rodzice znaleźli dla córki bardzo dobrą partię – barona Wilhelma von Würtz und Burg. Josephina w dniu ślubu miała lat piętnaście.
O rodzinie Würtz und Burg
Przybyli na Śląsk pod koniec wieku XVII z okolic Kolonii. Ojciec pana młodego, Johann Wilhelm, otrzymał tytuł barona, posiadał kilka majątków (w latach 1695-1708 znajdujący się w pobliżu Sośnicy majątek w Romnowie) oraz tytuł cesarskiego radcy Urzędu Zwierzchniego. Musiał być człowiekiem zamożnym i hojnym względem kościoła, skoro złożył ofiarę w wysokości pięciuset florenów na fundację ołtarza ku czci Niepokalanego Poczęcia we wrocławskim kościele pw. Świętej Trójcy. Jako dobrodziej świątyni został pochowany w krypcie kościelnej pośród braci zakonnych bonifratrów. Pobożność i hojność barona walczyła z jego krewkim charakterem. Z kroniki Romnowa dowiadujemy się o jego samowolce, kłótniach z sąsiadami i nieprzejmowaniu się wyrokami sądowymi. Z jezuitami z Bogdaszowic wszedł w spór o śluzę, ponieważ uznał, że „śluza nie powinna być otwarta bez jego błogosławieństwa i pozwolenia, i ponieważ ze strony konwiktu dobra bogdaszowickie nie zwracały się z prośbą o to błogosławieństwo, więc (…) kazał początkowo śluzę tylko zabić gwoździami, a następnie całkowicie rozbić i zrujnować”. Właściciel Gałowa skarżył się do Cesarsko-Królewskiej Mości na barona, ponieważ ten uwięził jego karczmarza, „zwabił go w sprytny sposób na swoje terytorium, zakuł w dyby pod pretekstem, że (…) został rzekomo przez niego urażony”* i wypuścił dopiero wtedy, gdy umęczony długim uwięzieniem karczmarz zapłacił baronowi odszkodowanie. Niewiele wiemy o mężu Josephiny, właścicielu dóbr w okolicach Legnicy. Czy tak jak ojciec miał krewki charakter? Małżeństwo nie doczekało się potomków, a po śmierci męża wdowa przeprowadziła się do swego najbliższego krewnego, syna bliźniaczej siostry swojej matki, i zamieszkała w pałacu w Sośnicy.
„To MY!”, czyli historia bohaterskich przodków
Herb rodu von Würtz und Burg to dwie pionowe czerwone belki na złotym tle. W klejnocie herbu znajduje się klęczący, modlący się anioł ze srebrnymi skrzydłami, z czerwonym krzyżem na czole. Ciekawa legenda wyjaśnia zarówno symbolikę herbu, jak i pochodzenie samego nazwiska. Aby znaleźć protoplastów rodu Würtz und Burg, musimy cofnąć się do czasów Karola Wielkiego. Gdy cesarz po swojej koronacji wracał z Rzymu do Akwizgranu, po drodze zatrzymał się w zamku Burg. Choć bramy grodu były otwarte przez cały dzień i noc, zapraszając podróżnych, to okazało się, że wielu z nich, podstępnie napadniętych przez mieszkańców zamku, straciło tam majątek lub nawet życie. Żeby zapobiec takiemu bezprawiu, Karol ogłosił, że ten, kto pozbędzie się z jaskini zła rycerzy-rabusiów, otrzyma w nagrodę nie tylko zamek, ale i królewskie przywileje. Do cesarza zgłosiło się niebawem dwudziestu czterech szlachetnie urodzonych odważnych mężów. Choć pytano ich, kim są, nie zdradzili swoich imion, a jedynie zgodnie odpowiedzieli: „My!” (wir lub wür). Pochwaleni za swoją odwagę, wysłani zostali do Burga w imię Boże, a prowadzić ich miał anioł niosący krzyż. Gdy dotarli do zamku, okazało się, że jest on pilnie strzeżony, bramy są zamknięte, a grube i wysokie mury nie do zdobycia. Nagle zobaczyli na barbakanie modlącego się anioła z płonącym krzyżem na piersi, odwróconego plecami do bramy, ze wzrokiem skierowanym na drugą stronę twierdzy. Rycerze odczytali boski znak. Udali się na tyły zamku i znaleźli tam dwie wielkie drewniane belki, po których wspięli się na mury i dostali do środka. Walka z rozbójnikami była krwawa, tylko dwóch rycerzy z dwudziestu czterech mogło cieszyć się zwycięstwem, pozostali bohatersko polegli. Gdy powrócili do cesarza i opowiedzieli, co się wydarzyło, ten ofiarował ocalałym wojownikom, tak jak wcześniej obiecał, zamek, herb i nazwisko – (wir) Wür zu Burg. Niestety, rycerze nie potrafili żyć w zgodzie, postanowili więc poprzez losowanie podzielić majątek. Ten, któremu przypadł zamek, nosił od tej pory nazwisko von Burg (niem. dosłownie „z zamku”), drugi pojechał w świat, rozsławiając nazwisko Würtz. Gdy w 1668 roku linia rodu Burg wymarła, zamek przypadł ich krewnym z linii von Würtz. Wtedy właśnie zdecydowano o połączeniu obu nazwisk w jedno: von Würtz und Burg. Zniszczone gniazdo rodzinne sprzedano w 1689 roku.
Święte Schody
W 1775 roku pięćdziesięciopięcioletnia wdowa udała się na pielgrzymkę do Rzymu, odpowiadając na zaproszenie skierowane do pątników przez papieża Piusa VI. Był to Rok Jubileuszowy i do Świętego Miasta przybyło około trzystu tysięcy osób, aby otrzymać odpust zupełny. Pobożna wdowa zapewne modliła się w Bazylice św. Jana na Lateranie, przeszła na kolanach po dwudziestu ośmiu stopniach Świętych Schodów, jednej z najcenniejszych relikwii dla katolików. Prawdopodobnie jeszcze będąc w Rzymie, postanowiła, że w niewielkiej Sośnicy ufunduje replikę Scala Sancta, gdyż zakupiła cenne relikwie, które potem umieszczono w sośnickim sanktuarium. Wśród najcenniejszych przedmiotów znalazła się drzazga z gwoździa z krzyża Pana Jezusa, fragment kości z prawej ręki św. Anny, nitka z chusty św. Weroniki, którą kobieta otarła twarz Chrystusa, gdy ten dźwigał krzyż na Golgotę. Budowa kaplicy trwała zaledwie rok. Wkrótce do niedużej Sośnicy zaczęli przybywać pątnicy, aby w kaplicy św. Jadwigi na kolanach wspiąć się po marmurowych schodach. Podczas modlitwy mogli oglądać sceny Męki Pańskiej, gdyż całe ściany kaplicy pokryte zostały freskami przez zdolnych i znanych artystów – Johanna i Heinricha Kynastów.
Na fundacji kaplicy baronowa nie poprzestała. Zamówiła do kościoła cykl czternastu obrazów – Siedem Boleści i Siedem Radości Matki Bożej, które znalazły miejsce w prezbiterium i nawie. W 1777 roku dla pięciu starszych kobiet kazała wybudować szpital i pokrywała koszty jego utrzymania. Bogobojną i hojną baronową pochowano w krypcie pod Świętymi Schodami w roku 1783.
Gdzie jest herb?
W sośnickiej świątyni pamiątkę po sobie zostawiło wiele rodów, których historia związana jest z tą niedużą podwrocławską miejscowością. Ich herby – umieszczane tu przez kilkaset lat z okazji rozbudowy, remontów lub kolejnych fundacji – znajdują się na zwornikach sklepiennych, na murze wieży kościelnej, na kamiennych płytach nagrobnych i epitafiach wewnątrz i na zewnątrz świątyni. Rozpoznać tu można herby m.in. Prockendorfów, Schindlów, Kreckwitzów i… Eichholzów, czyli rodziny matki fundatorki Świętych Schodów. Na tarczy podzielonej na cztery pola znajdują się dwie wiewiórki i dwie gałązki dębu z żołędziami (Eichholz w dosłownym tłumaczeniu to drewno dębowe). Ciotka, bliźniacza siostra matki Josephiny, wraz z mężem sfinansowała wykonanie głównego ołtarza z przedstawieniem cesarza Herakliusza wnoszącego na ramionach do Bazyliki Grobu Bożego w Jerozolimie Święty Krzyż. Nad obrazem umieszczono herby rodów Latour i Eichholz. Z drugim mężem, hrabią von Roye, ufundowała boczny ołtarz jako podziękowanie za narodziny długo oczekiwanego syna.
Niestety, w sośnickiej świątyni, mimo poszukiwań, nie znalazłam herbu fundatorki – Josephiny Würtz und Burg. Nie ma go również w krypcie, w której została pochowana, bo groby zostały otwarte pod koniec II wojny światowej i ograbione, a trumny zniszczono. Być może w przyszłości, gdy nastąpi restauracja kaplicy, odsłoni się pod jakimś przemalowanym fragmentem fresku herb rodu von Würtz und Burg. Być może.
*cytaty pochodzą z "Kroniki Romnowa" w tłumaczeniu Waldemara Jankowskiego
Tekst i zdjęcia: Marta Miniewicz
Zadanie pt. "Opowieści ukryte w herbach" współfinansowane jest ze środków Powiatu Wrocławskiego









